3/26/2017
Co słychać u Mai Ratkje ?
7/13/2016
In Jouw Naam - Marco van Geffen (wpatrywanie cz. 31)
Druga część Vinex Trilogy reżysera, którego może ktoś kojarzy z pokazywanego na Warszawskim Festiwalu Filmowym Sznycel Paradise. IMDb jako współreżysera podaje Jean-Claude'a van Rijckeghema, który z kolei dał się poznać polskiemu widzowi takimi obrazami jak Siostra Katii, Zgrana para czy Moskwa, Belgia. A jedną z głównych ról gra Lotte Verbeek, protagonistka Nic osobistego Antoniak.

Czeka was ciężki, kalibru Bergmanowego, seans i druzgoczące zakończenie, ale warto spróbować.



Bardzo fajnie działają zestawienia ujęć otoczenia, ulic, domów filmowanych z zewnątrz, z kameralnym, ciasnym czasem, pokazywaniem napiętej relacji między dwójką głównych bohaterów. Oni coraz bardziej się ze świata dookoła wycofują, pogrążają, zapadają we wnętrza (także swoje).


7/04/2016
Grand Mal - Perfect Fit
To jedna z tych długo poszukiwanych płyt, które w końcu znajduje się dziwnym przypadkiem. Kilka utworów z Perfect Fit usłyszałem w jednej z nocnych audycji w Programie Drugim Polskiego Radia, chyba była to prezentacja wydawnictw z holenderskiego Unsounds. Chociaż na wpół zasypiałem, jakiś obszar mojej intuicji został pobudzony i zaintrygowany dźwiękami stworzonymi przez trio Grand Mal. Skład zespołu to Justin Bennett (bębny, perkusja, zither), Stephie Büttrich (głos, obiekty), Anne Wellmer (syntezator, automat perkusyjny, powerbook).
Utwory zawarte na płycie to w większości piosenki, ale zwichnięte, jakby pokiereszowane, po przejściach. Najlepszym przykładem igrania z konwencją piosenki, przełamywania jej przymilności jest "Peel me a grape" (interpretacja utworu Davida Frishberga). Kompozycja zaczyna się od zmysłowego wokalu, którego śpiewająca nie jest w stanie utrzymać na wodzy, który mutuje w jęki, natomiast tekst staje się bełkotliwy. Porzucenie „seksownego” tonu jest jak otrząśnięcie się ze stereotypu, jaki popkultura przydzieliła piosenkarkom. Büttrich uwalnia swój głos, chce odkryć pełnię jego możliwości. Podążą ścieżką jaką przecierał Jaap Blonk, choćby swoim „Speechloss”. Nie atakuje jednak tak bezlitośnie jak jej rodak. Wykorzystuje szeroki wachlarz środków takich jak warkot, bełkot, rżenie, mamrotanie; mocuje się ze swoim głosem, który uwiązł w gardle, urywa słowa, zacina się, jakby chciała je zatrzymać. Potrafi także stworzyć zabawno-przerażającą kreację w „707”, która ociera się o piosenkę aktorską. Tam parodiuje rutynę pouczeń, jakich stewardessy muszą udzielać pasażerom przed startem. Ta stewardessa chyba odczuła nudę i postanowiła nieco urozmaicić prezentację.
Dotychczas pisałem wyłącznie o 1/3 zespołu. Choć to wyczyny wokalistki przykuwają uwagę, towarzysząca dwójka jest równie ważnym elementem Grand Mal. W omawianym przed chwilą utworze sugestywnie odwzorowują dźwiękową aurę pasa startowego. Ale potrafią zagrać nie tylko ilustracyjnie, perkusista nie ogranicza się do krótkich sekwencji stuknięć i chrobotów, ale podgrzewa też atmosferę gęstymi solówkami. Dla jego zagrań ciekawy punkt oparcia stanowi syntezator analogowy: freejazzowe „odloty” zyskują inne znaczenie pośród ziarnistych, buzujących powierzchni, drapiących igiełek pojedynczych dźwięków lub ich postrzępionych chmur. Nie jest to nawałnica do jakiej przyzwyczaił Thomas Lehn, jednak gra Wellmer świetnie pasuje do artystycznego pomysłu tria.
Trochę rozczarowuje wyciszająca końcówka albumu (3 albo 4 ostatnie kompozycje), tam jednak słuchanie umilają etniczne zaśpiewy doprawione rytualnymi niemal rytmami (wcześniej zdarzą się jakieś fragmenty bardziej rytmicznych bitów, w stylu piosenkowym) i lekką transowością.
Ciekawy album, który dostarczy przyjemności osobom lubiącym twórczość zasilaną szaleństwem z przymrużeniem oka. Dziwaczny urok spowijający te nietypowe piosenki sprawia, że awangardowa i niełatwa z pozoru muzyka staje się nie tyle lekkostrawnym, ile nęcącym daniem. W dodatku bawi w niewymuszony sposób nie sięgając po kabaretowe chwyty.
[recenzja pierwotnie opublikowana w 2006 roku na nowamuzyka.pl]
10/20/2011
spieszmy się słuchać płyt, tak szybko wychodzą (20.10.2011)
[Wojtek Mszyca kiedyś stwierdził, że to świetne hasło, dlatego postanowiłem wyciągnąć je z odmętów moich zapisków internetowych i używać jako nazwy cyklu wpisów, w którym znajdować się będą krótkie recenzje wydawnictw z bieżącego roku. W ogóle postanowiłem sobie, że będę więcej pisać tutaj, zwłaszcza o muzyce, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie na dłuższą metę.]
Esther Venrooy Vessel
Czwarte wydawnictwo holenderskiej kompozytorki dla ciekawego londyńskiego labelu Entr'acte. Zwróciła moją uwagę mrocznym i skondensowanym Shift Coordinate Points, w którym wykorzystywała nagrania z numbers stations. Tym razem niestety bez głosów, ale za to z odgłosami statków (choć to trudno wychwycić, jeśli się nie przeczytało). Talent Venrooy polega na tym, że używa ona nagrań terenowych z rozmysłem i nie wpada w czarną dziurę nawarstwiania dźwięków, by stworzyć jakieś totalizujące "soundscape'y". To jest przemyślana kompozycja elektroakustyczna, gdzie czuć rozwagę i skupienie autora. Bardzo odpowiada mi też ta niepokojąca atmosfera, zwłaszcza, że po Mock Interriors obawiałem się, że możemy zostać zniesieni w bezpieczną łagodność.
Sculpture Toad Blinker
Jak mnie to cieszy, że Sculpture, któremu kibicuję od dawna w końcu dociera do szerszej publiczności i zdobywa uznanie - pierwszy nakład, jak i dodruk, ich poprzedniego wydawnictwa dla Dekordera rozeszły się szybko. Nic dziwnego, że niemiecki wydawca z chęcią wypuszcza kolejny ich winyl. To znów picture disc, tak więc kwestia wizualizowania sobie muzyki została zagospodarowana. Ale wyobraźnia i tak pulsuje poddając wizję dziwacznych mutacji organiczno-mechanicznych. Koresponduje to z naturą muzyki Sculpture, gdzie (nad)używany sprzęt wydaje się z lekka zepsuty, niedoskonały. Tak więc, gdy pojawiają się rytmy (często), to nie będą one oczywiste i prowadzące za rękę, ale raczej będą propozycjami ścieżek, na których można się przyjemnie zgubić. Gdy pojawią się melodie (czy może należy wziąć je w cudzysłów?), to choć będą wdzięczne i radosne, to nie zalepią nam słodkością uszu.
Call Back The Giants The Rising
David Keenan zajął się name-checkingiem, więc mi pozostaje wyrażanie opinii i uciekanie się do przenośni. Opinia: jedna z płyt roku, świetna na rozmyte popołudnia duszące deszczowymi chmurami. Przenośnia: soundtrack do animowanej wersji Przemiany Kafki, rysowanej przez Blutcha. Opinia: Niby to wszystko znamy, lekko lo-fi pasaże podgniłych klawiszy, głos, czasem puszczony ze spowolnionej taśmy. Ale są też utwory zupełnie niespodziewane, które cieszą, bo pokazują, że duet nie stoi w miejscu i szuka. Przenośnia: "The Pharroh Man" pokazuje alternatywną wersję ewolucji The Shadow Ring, gdyby chcieli zostać zespołem avant-(glitch?)-popowym.
3/01/2010
2562 - Unbalance [Tectonic, 2009]
Byłem bardzo ciekaw kolejnego albumu 2562, nie tyle z wiary w zabobony, że to druga płyta (jejku, a może chodzi o trzecią?) jest prawdziwym wyznacznikiem jakości twórcy, testem "ile jest wart". Raczej dlatego, że Aerial niezmiernie mi się podobał i wiedziałem, że mogę się wiele spodziewać po Davie Huismansie. Początkowy problem z Unbalance stanowił fakt, że z muzyki Holendra preferuję tę, podpisywaną przez 2562, podczas gdy tutaj często wkraczamy w rejony, które we władanie objął innym swoim pseudonimem - A Made Up Sound. Dlatego też zabrało mi trochę czasu rozsmakowanie się w nowych utworach. Choć nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, to jednak coś powodowało, że stale wracałem do ich odsłuchiwania.
Wiele osób mówiąc o Aerial rozważało, jak bardzo dubstepowy jest ów album. Powodem takiego postrzegania materiału był w dużej mierze wydawca - Tectonic, któremu 2562 powierzył też Unbalance. Jak nigdy nie postrzegałem 2562 z tej perspektywy, a druga płyta tylko potwierdza, że Huismansa można traktować jako kogoś w rodzaju muzycznego kubisty. Nie przedstawia (deformuje) on rzeczywistości, ale za przedmiot swojego dzieła obiera gatunki muzyki tanecznej/opartej na bicie. Na Aerial było to dubtechno i z przymrużeniem oka chciałoby się zaliczyć rzecz do okresu kubizmu analitycznego.
W porównaniu do fazy obecnej, utwory były wsobne, introwertyczne, a cała płyta bardziej jednorodna, zwarta. Może więc Holender wszedł w etap kubizmu syntetycznego? Analogia z malarstwem, gdzie jako tworzywo w obrazach wykorzystywano też gazety, ulotki, przedmioty codziennego użytku, byłaby o tyle kusząca, że w nowych kawałkach 2562 można wyszczególnić rozmaite elementy, niektóre jakby odstają od innych czy też wystają z tła. Natomiast całość jest bardziej zróżnicowana: choć Huismans mebluje większość utworów a'la broken beat i tapetuje w odcieniach przywołujących house, to znajdziemy też dwukrotny ukłon w stronę dubstepu. I choć nie mam zamiaru stemplować tej muzyki słowami wonky czy purple funk, to jednak pomocna w jej słuchaniu wydaje mi się świadomość, że Holender tworzy w tym samym czasie, co dajmy na to Ikonika i Joker.
Podtrzymując uwagę o silnym A Made Up Soundowym charakterze całości, chciałbym zwrócić uwagę na kilka szczegółów, które są wyraźnym podjęciem wątków z Aerial. W "Naricie" Huismans znów sięga po bongosy, które były tak szczęśliwym dodatkiem w "Kameleonie". Drive napędzający "Escape Velocity" przywodzi na myśl "Techno Dread" (choć jednocześnie poniekąd Untolda). I taki szczegół, jak ponowne użycie odgłosów ptaków albo dźwięki, które znakomicie je udają.
2562 umiał idealnie wyważyć nawiązania do przeszłości z odważnymi nowinkami. Zupełnie zaskakuje rozbrajający retro motyw z "Love in Outer Space". Podobnie jak roztrzęsione uderzenia otwierające "Yes/No" (kojarzące się trochę z T++) - tym bardziej ciekawe, że początkowy chłód i nieprzystępność przechodzą wraz z rozrostem tkanki utworu w swoje przeciwieństwo. Słychać w ogóle, że muzyk nabrał rozmachu w aranżowaniu i odwagi budowaniu pokaźniejszych, mniej oczywistych konstrukcji. Tego dowodem jest też świetny utwór tytułowy, który ciągle ewoluuje, zwodzi (przez chwilę nawet mruga do nas na 4/4). Jest on też przykładem na inną tendencję - próby wychodzenia poza "standardowe" 4-5 minut, niestety nie zawsze udane: dobijającemu ośmiu "Superflight" nie starcza sił na utrzymanie uwagi słuchacza. To jednak jedyna wpadka na albumie, który jest dużym, niespodziewanym, a co najważniejsze - udanym krokiem naprzód 2562.
Jeśli pozostaje problem "wot do u call it", to warto pamiętać, że Picasso był najgorętszym przeciwnikiem terminu kubizm, zaprzeczał istnieniu takiego zjawiska. Co nie przeszkadzało mu tworzyć arcydzieł.
[w końcu mogę wrzucić, bo wersja angielska, skrócona na Junkmedia]
11/04/2009
Uff, zdążyłem zamknąć serię wpisów o Warszawskiej Jesieni, dobrze bo niedługo pora roku by się zmieniła. Zostawiłem je ze starymi datami, ale podlinkuję, żeby nie przepadły: o oglądaniu i o czytaniu.
Do spraw przeszłych jeszcze powrócę, ale teraz sprawy bieżące: dziś Audiosfera z różnymi wcieleniami Kevina Martina (tak, to "ten od The Bug").
Właśnie wróciłem z The Sound of Insect: Record of a Mummy. Rzecz wymaga raczej osobnej notki, ale na teraz: polecam bardzo, wizualnie i dźwiękowo wyjątkowy. Autor, Peter Liechti, nakręcił kiedyś dokument o Voice Crack, a tutaj współpracował z połową duetu - Norbertem Möslangiem, który zrobił muzykę (wraz z partnerami z Signal Quintet i Katsurą Yamauchim). (+ wysokiej jakości kadry)
No i proszę, tym sprytnym (linkowym) sposobem zaanonsowałem tutaj serwis Filmaster, w którym się zarejestrowałem, a że pisane tam teksty układają się w rodzaj bloga, to pewnie prędzej czy później rozpocznie mi się kolejny (przed tym nie można uciec...).
Jak już tak filmowo: na festiwalu Kino w pięciu smakach widziałem dwa filmy Pen-eka Ratanaruanga - Nang mai po raz pierwszy i Ruang rak noi nid mahasan po raz drugi. Oba godne polecenia, o obydwu sporo myślałem i czuję, że powinienem też coś napisać. No i bardzo pozytywne wrażenie po spotkaniu poprojekcyjnym z reżyserem w Kinie Pod Baranami. Ale na teraz proponuję (tym, którzy widzieli) przeczytanie komentarza danielahsf, mniej więcej środek tej strony. Choć nie mogę się powstrzymać od wyciągnięcia tego, bo dopiero teraz wychwyciłem nawiązanie do Miike i ten smaczek z jego rolą, heh.
Żeby cofnąć się jeszcze - Unsound, z którego zaliczyłem tylko jeden zestaw koncertowy - bassowe mutacje. Niezawodne dubstepforum opowiem wam, jak słabe było nagłośnienie (wygląda na to, że tylko mi było za głośno), a z niespodziewajek: *propsy* dla mojego brata.
Dobrze, że przyjechałem tam dla Kode 9 i Space Ape'a, bo przynajmniej się nie zawiodłem. Oczywiście 40 minut to trochę krótko, ale nie marudzę. Było coś z albumu, "Time Patrol", rozwinięty tekstowo (np. "do you wanna fuck what I fuck"), poza tym nowinki (chyba też to, co pojawiło się ok. 20 minuty w sesji dla Gillesa Petersona). Kiedyś już chyba stwierdziłem, że robią muzykę, jak nikt inny. Powtarzam, było wielowarstwowo, antyschematycznie, zaskakująco. A patent z ciągłym basem tak niskim by wibrowała podłoga - mistrzowskie. Widać, że dla Kode9 działalność teoretyczna i praktyczna się łączą i wyciągnął wnioski ze swoich dociekań nad dźwiękiem jako bronią.
Pavel Ambiont był monotonny, podczas 2562 zastanawiałem się często, czy to coś z nowej płyty czy A Made Up Sound, chwilami przyjemnie miękko, ale bez porzucania taneczności. Potem Untold, dużo charakterystycznych bębnów uk funky, "Router" Pangea'i, ciut "Anacondy". Chwilami bardzo imprezowo, aż myślałem, że nawet zbyt silnie po bandzie. Zaraz, zaraz...ja - fan Schlachthofbronx - coś takiego rozważałem podczas setu Untolda?! Ha, to zakrawa na hipokryzję. Być może Pole się rozwinął w coś lepszego, ale ta łupanka na początku nie zachęcała do sprawdzenia. Pozostaje zagadką, czy to on grał "Mega Drive Generation" Martyna, bo mógłbym przysiąc, że to nie Ikonika. Na nią nie starczyło sił, a wygląda na to, że było fajnie.
Na junkmedia została opublikowana oryginalna wersja mojego wywiadu z Philipem Jeckiem, który pierwotnie i po polsku w magazynie M|I.
A propos wywiadów z tego periodyku: w końcu ukazał się album, który Tetuzi Akiyama zapowiadał w rozmowie z października 2008 - Semi-Impressionism z Toshimaru Nakamurą, który po raz kolejny serwuje przyjemne historyjki (nie, to nie przenośnia na określenie dźwięków).
12/16/2008
Truffaut, krótkie holenderskie (wpatrywanie cz. 4)
La femme d'a côté (1981) reż. François Truffaut
Po takich dziełach jak Les quatre cents coups (1959), Jules et Jim (1962) nabrałem do Truffaut zaufania i postanowiłem wykorzystywać każdą okazję by zapoznawać się z jego filmami. Tirez sur le pianiste (1960) ustawiłbym tylko nieco niżej niż wymienione, Domicile conjugal (1970) pamiętam głównie dlatego, że było zabawne.
Jednak to, jak bardzo cenię jego filmy (zwłaszcza te najpierw obejrzane), sprawia, że u mnie ma wysoko podniesioną poprzeczkę. No i niestety La femme d'a côté to niezbyt udany skok.
Nie nazwałbym tego obrazu złym, jeśli chodzi o wymienialne wady, to jest ich mniej niż zalet, chociaż może te drugie nie są aż tak silne? Przede wszystkim muzyka, reżyser postanowił, że doprawi emocje obecne w fabule komentarzem muzycznym. I to tym najbardziej wyświechtanego sortu (smyczkowe drżenia, zagłębienia), może miał wątpliwości, że scenariusz (którego był współautorem) i gra aktorów nie będą w stanie poruszyć widza i czuł potrzebę dopowiedzenia, że tak, teraz powinno być smutno...Nie jest tego wiele, ale za to w takich momentach, że dla mnie to trochę skopało film.
Co jeszcze? Ta część, kiedy Mathilde trafia do szpitala wydaje się dołożona na siłę, nie jest pogłębiona, ani też nie sprawia wrażenia, że miałaby być (nie mówiąc o odkrywczości).
Wcześniej odstaje też ta scena rodem z komedii, gdy dzwonią do siebie nawzajem i mają zajęty sygnał. Nawet nie bawi, denerwuje, bo chyba miała sugerować coś głębszego niż służyć rozrywce widza.
Sztucznie i patetycznie wypada gdy Mathilde pyta Thomasa "to ty wiesz, co to są zmartwienia".
Też to jak słyszy (przypadkiem - pozornie) w toalecie anegdotkę o romansie z sąsiadką - kurcze, po co to? Taki oczywisty chwyt.
Ale jest też kilka udanych pomysłów: po tym jak doszło do zdrady, rogacza obserwujemy w pracy, tzn na wieży kontroli lotów.
Na początku Bernard z żoną narzekają, że teraz jak mają sąsiadów, to będą musieli się pilnować, jakby trochę znikąd Bernard mówi, że koniec z seksem w ogrodzie. Trochę później para słyszy koty, on mówi, że walczą, ona, że "kochają się jak szalone". Te dwa dialogi subtelnie, ale też znienacka, wprowadzają ważny wątek, który potem przez dłuższy czas będzie unosił fabułę. Nawet nie tyle wprowadzają, co wrzucają do świadomości widza te pojęcia i one się tam unoszą, aż nie będą miały na czym się osadzić.
W ogóle fajnym chwytem jest też rama w postaci narratorki, tak że wiemy od początku, że ta historia się już skończyła (a jeśli widzimy dokładnie, to domyślamy się jak; to w seansie telewizyjnym było nie do dojrzenia). Ona przechodzi do opowiadania po kwestii, że zna tu wszystkich, co jest jakby wystarczającym powodem, żeby nam przedstawić wypadki. (Jak się lepiej nad tym zastanowić, to jej status nie jest tak oczywisty, bo w tej historii są rzeczy, których przecież nie mogła wiedzieć.) Ona nie tylko prezentuje tą historię, ale też jest punktem odniesienia, bo przeżywa przechodzi przez analogiczne wypadki i radzi sobie z nimi zupełnie inaczej. (A może ona to wszystko wymyśliła, żeby się usprawiedliwić?)
Sprawia mi nieco kłopotu, jak miłość jest przedstawiona w tym filmie, a bardziej nawet reakcje, gdy romans się wyda. Zwłaszcza żona Bernarda jest bardzo wyrozumiała, jakby miłość była jakąś chorobą, która dotknęła go i Mathilde, na którą nie ma rady, nie można z nią walczyć. To znaczy, zmierzam do tego, jakby była poza nimi, nie miała z nimi wiele wspólnego, zdarzyła się im. To i wzmianka grobu na koniec każą myśleć o Tristanie i Izoldzie.
Są też mocne podobieństwa z Ma nuit chez Maud Rohmera, oprócz ogólnie tematyki, dwie kwestie prawie skopiowane z tamtego filmu. O tym, że mężczyzna od razu wiedział, że ona to ta i "nie będziemy o tym więcej rozmawiać". Chyba świadomie?
Jedna rzecz, która łączy to z L'Diable probablemant, to właśnie koniec na początku, to, że jest on jakby z innego porządku, oderwany, tutaj trochę jak reportaż tv (no i ujawnia finał fabuły).
Tak się zastanawiam, może te różne rzeczy (zatrzaśnięcie samochodu, rozmowa o filmie, praca Bernarda, zresztą ta sama, co w Domicile...) są tam powrzucane celowo, taka zabawa starego mistrza (a jeszcze coś odległego może: miejscem akcji jest Grenoble, gdzie w latach 70. eksperymentował Godard). No bo też używanie wyciemnień trochę razi, a już tego, czego nie znam polskiej nazwy (się uczę dopiero), a po angielsku to iris out, to jest zupełnie z innego końca kosmosu (mi się kojarzyło z kreskówką).
A może to jakieś urozmaicające pomysły montażystki Martine Barraque, z którą to kolejna współpraca (a ma na koncie też La Société du spectacle reżyserowane przez Deborda). Natomiast pierwszy (i jedyny) raz Truffaut pracował z Williamem Lubtchansky'm, który odpowiadał za zdjęcia i szczerze mówiąc nie pamiętam, żeby mnie coś z tego poletka poruszyło (też wada chyba).
(A jeszcze: seans telewizyjny to TVP Kultura, gdzie tłumacz, albo lektor? postanowili sobie odpuścić kilka kwestii, drobiazg - ale denerwujący)
Holenderskie krótkie metraże
Zamek niewiele robi, żeby zachęcić widzów (opisów na ich stronie nie uświadczysz) tak więc nic dziwnego, że w Sali Audiowizualnej pojawiło się z 6 osób, mimo że pokaz był za darmo. Filmy oglądaliśmy na telewizorze panoramicznym, który czasem przebijał czerwoną wysypką.
Najlepsze były dwa filmy: zaskakujący Weg (jeśli przyjmiemy, że słaba momentami jakość obrazu to celowo albo też wina telewizora), którego trailer tutaj.
Drugim Asef - sorry, który polecam obejrzeć tu.
Jeszcze można wyróżnić dowcipny Metalosis Maligna do obejrzenia tu (ale animacje komputer cieniutkie), a także Absolutely Afro Dorothee van den Berghe. Film na poziomie, sympatyczny, radosny i w ogóle, reżyserka jakby specjalizowała się w temacie dziewczęcego dojrzewania i wchodzenia w dorosłość (jej drugi pełen metraż, który w przyszłym roku, może być ciekawy).
Były też filmy artystów: hipnotyzujący, ascetyczny (ale dlaczego taki koniec?) Arianne Olthaar oraz żart Erwina Olafa w charakterystycznym dla niego stylu, który w filmie akurat tak sobie zadziałał.
No, This Lüscher też okej.
W następna odsłona: abstrakcja. Poniedziałek, 19:30, CK Zamek - Sala Audiowizualna, wstęp wolny.
11/05/2008
Ad Libitum: 3 - Dzień czwarty + Plan Be
To zabawne, (nie tylko) w zestawieniu z innymi dniami, że "kuratorem" tego koncertu był Phil Niblock, a występowali podczas niego Thomas Ankersmit i Phil Niblock. Ten drugi prezentował "muzykę i obrazy" z filmu Movement of People Working, ponieważ już kiedyś byłem na takim występie, postanowiłem tego wieczora zminimalizować swoją obecność w Laboratorium. Przede wszystkim dlatego, że miałem w zanadrzu Plan Be, bo jak sobie przypomniałem moją relację, to chyba teraz lepiej bym odebrał twórczość Niblocka.
Ankersmita też już widziałem na żywo, ale byłem bardzo ciekaw (właśnie dlatego). Gdy skończył grać, pomyślałem, że to chyba jego najlepszy występ. Ale teraz sobie odświeżyłem swoje wrażenia z Berlina i nie wiem, czy temu koncertowi dałbym dychę.
Początek wydawał się chaotyczny, kilkusekundowe partie wypychające się nawzajem, dość wysokie urywane dźwięki. Ale od startu jest obecna ciągła linia, jakby horyzont, niezupełnie płaska, lekko nabrzmiała. Trudno powiedzieć, jak ona ma się do reszty dźwięków, czy one są na niej, czy zupełnie się do niej nie odnoszą. Czy ona dokądś zmierza, czy po prostu jest?
Syntezator Ankersmita to pierwsze urządzenie, które wyciągnęło coś z laboratoryjnego nagłośnienia, nie chodzi o to, że musi być głośno, żeby było dobrze, ale pewien poziom natężenia jest czasem potrzebny.
Dobrze się poczułem, gdy po podłodze przeszło kilka fal niskich częstotliwości. Całość charakteryzowała panoramiczność, rozłożystość, to zastanawiające, że w notatkach mam świetlistość i górski pejzaż (wykoncypowane post-factum), co odsyła mnie do wrażeń z poprzedniego koncertu (których wtedy nie pamiętałem, a na pewno nie miałem ich w świadomości). Natomiast podczas występu, gdy zamknąłem oczy, widziałem taką scenę, której właściwością też jest szerokość, rozległość. Duża sala kinowa, w której siedzi kilka osób, są trzy ekrany, dwa boczne w stosunku do środkowego ustawione gdzieś pod kątem 120 stopni, stykają się z nim. Wyświetlane są w przyspieszonym tempie samochody (dużo żółtych taksówek) jeżdżące po mieście. Wracamy do muzyki: jest coraz więcej elementów, gęściej, ruchliwiej i głośno. Gdy już wydaje się, że bardziej nie może być, Ankersmit wykorzystuje obszary, które dotychczas zostawił puste. Dorzuca doły, nawet nie tak niskie jak przedtem, ale za to mocniejsze, jednak tylko we fragmentach, żadnego efekciarskiego dowalania, brutalności, jakieś odłamki skalne przewalają się przez kanały. To jest szczyt, z którego nagle spadamy. Ułamek ciszy i już znów linia, na którą skąp kapie kwaśny opad powodując cyfrowe płaskie plumknięcia. Linia zachowuje ciągłość, mimo że zostaje zrytmizowana w puls. Powoli wchodzą średnio-wysokie tony, falują i nadbudowują się coraz wyżej. Myślę o tym, jako o preludium do Niblocka, jednocześnie okaże się to rozbiegiem dla saksofonu. Ankersmit początkowo naśladuje obecne dźwięki, a potem coraz bardziej się od nich odrywa, one zresztą przygasają. On rezygnuje z mikrofonów, staje przed stolikiem i gra oszałamiająco na instrumencie, z całą pewnością oddech cyrkulacyjny, fragmenty tak długie, jak autor chce, a nie jak go ogranicza pojemność płuc. Płynne przejścia z czystych tonów do zabrudzonych, terkotliwych, nie wiem jak, ale wyobrażam sobie, że ma jakieś części saksofonu poluzowane? Obraca się by wysyłać dźwięki w różne strony, mapuje przestrzeń. Niemal dotykalna energia.
Mógłbym chapnąć część Niblocka, bo jeszcze trochę czasu do koncertu w Planie Be, a i niedaleko. Jednak pamiętając, jak bardzo wkurzali mnie spóźnialscy wchodzący w trakcie, nie chciałem komuś zakłócać odbioru swoim wymykaniem się.
Byłem więc w klubie wcześnie, prawie sam w małej sali siedziałem na kanapie. Potem okazało się, że start zostanie przesunięty na 21:10, bo na Ad Libitum jest sporo osób, które chcą także załapać się na koncert tutaj. Nie wiem, skąd pomysł, że Niblock skończy tak szybko, on jest z tych, którzy wolą długie dystanse i oczywiście finiszował później.
Dobra, dam się już rozpocząć koncertowi, zaczynając od lewej mamy Henrika Olssona za stołem metalowych misek (nie tybetańskich, raczej ikeowskich), na którym znajduje się też duży talerz (perkusyjny), w pobliżu stoi mały wzmacniacz, a po drugiej stronie stołu wisi gong. Na środku siedzi Johan Arrias, ma saksofon, ale częściej zajmuje się mikrofonem, małym głośnikiem i chyba jakimś samplerem/efektem. Na prawo od niego Tetuzi Akiyama, z którym Szwedzi (trio się nazywa Gul 3) zapragnęli współpracować po usłyszeniu jego Resophonie, Japończyk ze swoją nieodłączną towarzyszką - gitarą. Dalej siedzi wiolonczelista Leo Svensson.
Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać, ale i tak byłem zaskoczony, gdy zaczęło się od postukiwania w gong, które nagrywane przez Arriasa, po jakimś czasie wypuszczone z głośniczka. I zniekształcone przez niego (jeśli nie przez efekty), to zwróciło moją uwagę: wielość źródeł dźwięku i stopień zmian/wypaczeń, jakie każde z nich zawierało w sobie. Okazało się, że wzmacniacz Olssona ma wpięty mikrofon kontaktowy, który jest przylepiony do talerza. A ten z kolei ma w sobie mały drut, więc słychać drgania tego drutu stamtąd, smyczkowanie talerza też tak, ale również (zabrudzone) przez wzmacniacz. Miski uderzane i kieliszki (wilgotne krawędzie) masowane akustycznie, a za Olssonem z głośnika wiolonczelę. Gitarę ja raczej słyszałem nie przez nagłośnienie, ale gdy Akiyama używał e-bowa, to raczej tamtędy. Po połowie koncertu kolejny pomysł perkusisty: dwa walkie-talkie, którym mógł nagrywać dźwięki, mieliśmy więc degradację zdegradowanego, gdy tym łapał sygnał ze wzmacniacza. A poza tym, czy one jakoś zakłócały jego działanie? Do faktycznego działania dochodziła prawie-choreografia - Olsson machał rękoma, wyginał się, a walkie-talkie roztaczały wstęgi dźwięku.
Myliłbym się ten, kto po tym opisie uznałby rezultat muzyczny, za przepełniony, hałaśliwy, chaotyczny. Koncert był cichy i delikatny, utwory nie były proste i jednolite, ale sprawiały przyjemność, jak powolne przesuwanie ręki po korze, gdzie nie gdzie porośniętej mchem.
Kojarzyło mi się to trochę z zadumanymi momentami Penguin Cafe Orchestra, z uspokojonymi Małymi Instrumentami, a czasem (gdy więcej wiolonczeli i gitara bardziej zorganizowana) z Boxhead Ensemble.
Był taki piękny moment naturalnego wręcz wezbrania, które opadło do ciszy i została sama gitara. Być może dopiero po tym usłyszeliśmy saksofon (opcja włożenia mikrofonu w i nagłośnienia drobinek została wykorzystana), który zaczął swoją partię z naleciałościami patyny, ale potem się z nich otrząsnął. Chwilami aż za ładne melodie i w sumie przyjmuję, że w bisie (country'owym) to tak specjalnie, lekka zgrywa.
Bardzo pomysłowe, odświeżające, przyjemne i kojące.
K przyszła pod koniec, mocno przeżyła Niblocka, aż musieliśmy wysiąść z tramwaju bo potrzebowała ruchu.
8/19/2008
"Jestem zły jak niderlandzki dla raperów"
Momentem, którego najbardziej oczekiwałem będąc na wakacjach, była chwila gdy po powrocie zajrzę do skrytki pocztowej...Spodziewałem się tam znaleźć wiele i tak też się stało.
Zaczniemy od górnego lewego rogu - Silent Landscapes
Roberta Curgenvena, wydane nakładem prowadzonej przez niego wytwórni Recorded Fields (dopiero zaczynają, ciekawie się zapowiada, zwłaszcza dbająca o zaplecze teoretyczne seria Sound Atlas). Cztery kompozycje od 7 do 15 minut, każda jest jakąś podróżą, bo na każdą składają się nagrania zrobione w różnych miejscach (np. w dwójce pokonujemy w ten sposób 5000 kilometrów). Mamy owady, deszcz, wiatr oraz wiele innych źródeł, które mogą nie być same w sobie zbyt oryginalne, ale Curgenven umie się nimi posługiwać. Generalnie da się wyczuć pewną Lópezowatość, ale tutaj utwory nie są tak dynamiczne, jak czasem u mistrza field recordingu.
No zresztą, tytuł zapowiada ciszę, choć nie jest ona tutaj regułą. Na szczególną uwagę zasługuje czwarty "Silent Landscape", gdzie wykorzystane są nagrania ze szprewaldzkiego lasu, który raz na dziesięć lat jest oczyszczany przez człowieka w zestawieniu z australijskimi płotami. Curgenven nie jest pierwszym, którego zainteresowała muzyczność tych konstrukcji, jego rodak Jon Rose od dawna przeprowadza akcje Bowing Fences, jednak tutaj płot gra bez udziału człowieka - w 42-stopniowym upale. To zderzenie ingerencji w naturę i jej aktywności samoistnej, jedynie odbieranej przez jednostkę, jest ciekawe nie tylko teoretycznie, ale również dźwiękowo. (tutaj fragment w mp3)
Curgenven będzie grał na jesieni z Hati w Belgii i Holandii. A w Polsce?
Poniżej rzecz z cyklu "believe the hype" - wydana własnym sumptem w 100 egzemplarzach, nie sprzedawana a wysyłana za darmo po skontaktowaniu się z autorem - Seymourem Wrightem (z Derby), może być niezłym przyczynkiem do rozmyślań nt. "środowiska" ludzi słuchających tej dziwnej muzyki. Jakie jest ono niewielkie, jak potrzebuje "odkrywać" nowe zjawiska/osoby (rozumiem to doskonale, też lubię doznawać objawień, odkrywać choćby dla siebie).
Wright wysłał swój album Brianowi Olewnickowi (który pisał dla bagatellen, ale teraz aby skupić się na biografii Keitha Rowe, ogranicza się do bloga, gdzie też opisał to wydawnictwo) i to w zasadzie wystarczyło, aby ruszyła "lawina" hype'u. Richard Pinnell (prowadzi(ł) audition w Resonance FM, ale bloga też ma) skomentował, że świetna płyta, a potem kilka osób na IHM też ją wspominało.
Nakład szybko się wyczerpał (ja załapałem się na egzemplarz nr 84) i teraz, ci którzy nie mają bardzo żałują i dopytują, gdzie, jak, itd. Rozchodzą się kręgi na wodzie. Świetne posunięcie marketingowe, Wright zainwestował trochę w siebie, ale to zapewne zaprocentuje. Wszyscy będą wyczekiwać jego kolejnej produkcji (wygląda na to, że będzie to duet z Sebastianem Lexerem dla Another Timbre).
Słuchałem albumu dopiero dwa razy, przy czym ten drugi odsłuch nie był tak porządny, jak bym chciał, a w ogóle to czekam na spotkanie w towarzystwie tej płyty z Patrykiem, który będzie mógł mi wytłumaczyć pewne techniczne sprawy. Więc może dokładniej o płycie kiedy indziej, bo choć nie jestem oniemiały z zachwytu, to umiejętności Wrighta robią wrażenie. Choć jego pomysły bywają podobne do Küchenowskich: terkotliwe preparacje, użycie radia (tu więcej), a także granie perkusyjne (światło ze Wschodu). A poza muzyką jest jeszcze przybranie miana, które ma kojarzyć się z malarzem Josephem Wrightem, powoływanie się w utworach nie tylko na muzyków, ale też na Trevora Baylissa (wynalazcę tego radia) (i eeee....Ferrana Adrię? szefa kuchni najlepszej restauracji na świecie?).
Natomiast okładka to XVIII-wieczny tradycyjny wzór angielskiego papieru marmurkowego, wyprodukowany przez firmę z Cambridgeshire.
Prawą część powyższego zdjęcia okupują trzy produkcje z Sonic Oyster Records, wytwórni Andrew Paine'a służącej mu do wydawania produkcji własnych i z jego udziałem. Albumy można zamówić przez myspace'a
albo, tak jak ja zrobiłem, przez volcanic tongue (stamtąd pochodzą rzeczowe i fajne opisy). Wszystko limitowane nakłady i się sprzedają szybko, więc gdyby ktoś chciał, to niech się pospieszy.
No ale, powróćmy do Cambridgeshire, a konkretniej do Girton, a zarazem - do muzyki. Ostatni utwór na Snapshots of Rural England (obecnie przedostatniej wydanej współpracy Paine'a i Richarda Youngsa) nosi tytuł "Old Girton Fayre", nie znalazłem żadnych informacji o dawnych targach, ale z tej strony wynika, że coś w tym rodzaju się odbywało. Ta 8-minutowa fotka to chyba najsurowszy fragment albumu, choć wszystkie korzystają z sinusoid przepuszczanych przez ring modulator. Oprócz tego gitara elektryczna, głos, harmonijka. Otwierający 16-minutowy "Norfolk Sunset" odpływa i przypływa miarowymi falami, zagęszczonymi skrawkami niskich uderzeń, ale zmiękczonymi na krawędziach. Kojąco działa przetwarzany głos, którego barwa przypomina Ściankowego "Piotrka", choć to jedyne podobieństwo, bo tutaj nie ma żadnej narracji, słowa są pomieszane, postrzępione. Środkowe "Out of Town" jest eteryczne, niemal pastoralne, szczerze ładna stara elektronika chcąca brzmieć jak organy.
Panowie nie marnują czasu i nie tylko często spotykają sie by nagrywać, ale też bardzo szybko wydają swoje produkcje. Snapshoty zostały nagrane w kwietniu i maju (br.!), a Hot Canyon Butter (Hot Buttered Soul ??) w lutym i marcu. Lubię taki cykl życia wydawniczego, obcowanie ze świeżą muzyką, która nie przeleżała dwóch lat na półce, zanim ktoś sobie o niej przypomniał.
W tym miejscu uświadamiam sobie, że przydałoby się jakieś podprowadzenie do osoby Youngsa i mojej nim fascynacji, ale tymczasem musi nam (Wam?) wystarczyć całkiem sensowna stronka w emd.pl/wiki, którą zrobiliśmy razem z Wojtkiem Mszycą jr.
"Butter" to być może najdziwniejsza, a raczej na pewno najbardziej eklektyczna (w sensie różnorodności w obrębie jednego krążka), rzecz jaką Youngs wydał. Zarazem, gdyby ująć sprawę inaczej, to można by powiedzieć, że to nie powinno być żadnym zaskoczeniem, że jest to tylko n a t u r a l n e r o z w i n i ę c i e elementów, które pojawiły się już w 1990 roku na Lake. A pewien dryf w stronę Nurse With Wound można zaobserwować na Mauve Dawn z 2005.
No i jest genialnie! Nie znam się na "psychodelii" tak, żeby rzucać przykładami, ale klimat jest taki, jaki zawsze kojarzy mi się z tą nazwą. Gitara basowa pulsuje i zakręca, klawisze szumią i bryzgają, jeszcze smaczki odkształceń stylophone'u i perkusja (a może tylko perkusjonalia - słychać raczej rozmaite bębenki). Bywa przebojowo - sprawdźcie "Reuben's Boogie" (a, i wpiszcie "reuben boogie" w google).
Nieco zawiodłem się The Starling Post - zestawem piosenek Paine'a, myślałem, że przez obecność radia, harmonijki, kazoo, śpiewających mis, nie będą to takie zwykłe utworki. Jest miło, ale wszystkie one brzmią dość podobnie - zgaduję, że nie poszukiwania dźwiękowe były tutaj celem. Raczej wędrowanie w tradycji, bo Paine gra tutaj takie piosenki jak: "Whitby Lad", "Apple Tree Wassail", "The Unquiet Grave". Ten repertuar stał się dla mnie oknem na świat zwyczajów brytyjskiego kolędowania.
Te pomysły obu panów, otoczka wokół Wrighta, zmasowane słuchanie Andrew Lilesa - wszystko estetycznie inne, ale czerpiące z tego samego (? rozległego na pewno) źródła, sprawiają że zastanawiam się nad jakimś "britishness" w muzyce...
Wspomniane wyżej "boogie" znajdziecie w niepozornym playerze po prawej stronie strony. Polecam go szanownej uwadze, bo można tam znaleźć kilka ciekawych rzeczy: Roela Meelkopa, Mikę Vainio, kwartet Magda Mayas/ Koen Nutters / Morten J. Olsen (z MoHy!, ale zupełnie inaczej) / Carlos Galvez, Lorena Connorsa z Davidem Grubbsem.
Ale prawdziwą atrakcją jest materiał niedostępny nigdzie indziej - fragment występu duetu NEVERS podczas berlińskiego cyklu Labor Sonor w KuLe w 2007 roku. Duet stanowią Clare Cooper, która tutaj odkłada harfę i gra na guzheng (ponoć chiński brat zitheru) oraz Jean-Philippe Gross (sprzężony mixing board, w tym projekcie leci on przez magnetofon i jeden mały głośnik). Bardzo ciekawy projekt elektro-akustyczny (z naciskiem na drugi człon), 4 grudnia w Bydgoszczy, a potem jakoś w Poznaniu.
/////
ach, no tak - tytuł wpisu: jedna z niewielu dobrych linijek, jakie poznałem z filmu o holenderskich hip hopie, który lata na Planete (oryg. Dutch Touch). To bolączka nie dotycząca samego filmu, ale kurcze, wszystkie teksty jakie tam padają są albo dissowaniem albo braggadocio...Czy tylko tym się zajmują tamtejsi twórcy? Jeden z nich podczas koncertu opowiada o tym, że w Holandii integracja wcale nie zawiodła, mówi publiczności, że od nich wiele zależy itd. Czyli jakby był świadomy społecznie. Więc może jednak taki był dobór materiałów przy montażu? Ale czy taki jego wizerunek chciała przedstawić reżyserka? No i tu inna kwestia - komu przedstawić? Dla kogo ten dokument: jeśli dla Holendrów to jest tragicznie płytki, a jeśli dla zagranicznych to brakuje wprowadzenia w temat, objaśnień dla tych, którzy nie znają tego kraju. Tak czy tak, dość średni film, tyle kwestii, które można by poruszyć: czy hip-hop należy tam do "kolorowych", co sądzą o rapowaniu po angielsku (jeden z bohaterów tak robi), jakie jest podejście do sukcesu rynkowego (to się gdzieś tam przemyka w dziesiątym planie, bo inny bohater jest znany...tak? przypuszczam, nikt nam nic nie mówi wprost). W ogóle brakuje faktów: ile sprzedają płyt, czy z tego się utrzymują, kto ich gra, kto ich słucha, czy są jakieś radiostacje hiphopowe. Ech, jeśli już, to obraz przedstawia kilku twórców, ale niewiele mówi o całej kulturze.
8/11/2008
Wakacje dźwięku
Nadrabianie zaległości zacznijmy chronologicznie: o koncercie tria Rogiński/Masecki/Moretti w Dragonie napisałem tutaj.
Kiedy reszta rodziny pojechała już nad morze, ja wyruszyłem w przeciwnym kierunku - do Wrocławia. Oczywiście wolałbym Kode9 i SpaceApe'a, ale setu didżejskiego tego pierwszego też nie mogłem przepuścić. Tak, było za mało basu, ale nie żałuję, że pojechałem. Tak zwana wymiana opinii odbyła się tu (oraz tu - bez mojego udziału, co nie znaczy, że nie warto zerknąć).
Podróż z Wrocławia do Sarbinowa, z przesiadką i zmianą środków transportu w Poznaniu, dałaby sporo materiałów komuś planującemu nakręcenie wnikliwego, przenikliwego, zjadliwego, obnażającego filmu obyczajowego o współczesnej Polsce. Dobra, mogło być gorzej, a jeszcze miałem okazję zobaczyć wschód słońca.
W przeddzień końca nadmorskiego wypoczynku pomyślałem, że może szkoda, że nie postarałem się bardziej poddać wpływom tego miejsca. Że nie odciąłem się zupełnie od codzienności, tego co mam w domu. Np. powinienem nie słuchać muzyki, ale zagłębić sie w i docenić szum fal, ciągle słyszalny, stale obecny. Oczywiście zwracało moją uwagę, gdy szedłem spać, że w zupełnej ciszy, ciągle słychać dobiegający zza pasa drzew ruch wody.
Odczułem to mocniej po powrocie do miasta. Nie żeby miejski hałas mnie ogłuszał, ale dociera do mnie, że przez dwa tygodnie nie słyszałem tramwaju, karetki, klaksonu (a teraz mam to wszystko niemal pod oknem).
Wcześniejsze rozważania przerodziły się w pytanie, jak bardzo wakacje powinny się różnić od codzienności? Nie jestem fanem myślenia, że pojadę gdzieś i tam się dokona we mnie zmiana, jakiś pielgrzymek, medytacji w odosobnieniu. Nie po to jadę na wakacje, nie widzę też powodu, żebym miał sobie odmawiać takich przyjemności jak czytanie książek, słuchanie muzyki, oglądanie filmów.
Również dopiero teraz orientuję się, jak dużą różnicę stanowiła nieobecność telewizora. Ja sam mało korzystam, ale w domu to urządzenie jest dość silnie obecne.
Ale było radio, gazeta, laptop z nielimitowanym internetem, więc byłem na bieżąco. Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu wracałem po takim odcięciu i ze zdziwieniem obserwowałem, ile to się wydarzyło w sieci przez ten czas. A teraz tylko oczekiwałem powrotu do domu, żeby ściągnąć jakieś nowe wydawnictwo, o którym przeczytałem na forum.
Jedną z zasadniczych różnic w słuchaniu muzyki był brak niskich częstotliwości (= porządnych głośników), dziś więc z wielką radością zapuściłem, ot tak, żeby sobie przypomnieć, jak to jest, "Your friends like techno" TRG.
Dobra, koniec tych bezwnioskowych rozważań hiper-samoświadomej jednostki, której zawsze coś nie pasuje.
Wspomniałem wyżej o słuchaniu muzyki, nie będę tu wyliczał wszystkiego, ale kilka rzeczy wartych wzmianki.
Przekonałem się ostatecznie o geniuszu Red Dust Lionela Marchettiego. Jeśli ktoś sądzi, że muzyka konkretna to przeżytek, powinien tego posłuchać. Mistrzowsko dopracowana w najdrobniejszym szczególe, gęsta, wielopoziomowa, a jednocześnie nie przeładowana. Przy ostatnim słuchaniu myślałem o tym, jako o traktacie o trudności porozumienia się, powracają głosy z przeszłości (piosenkarka kabaretowa), piloci wysyłają sobie komunikaty ze współrzędnymi, jamajski wokalny sample wyrwany ze swego naturalnego otoczenia każe się zastanowić na ile ważna jest treść, a na ile forma (na ile forma jest treścią). Poruszający jest fragment, gdzie syntezatory mowy (tak?) wypowiadają tekst napisany przez autora utworu. Najpierw zadaje on sobie ("ustami" maszyny) pytanie, dlaczego tworzy, a potem sam indaguje (naiwnie) (maszynę), czy podoba jej się jego muzyka. Czy tak jest, czy rozmawiamy z maszynami (zamiast? jak z ludźmi?).
(na marginesie: dzięki tej płycie zainteresowałem się This Heat - fragmenty ich utworów Marchetti umieścił w swoim dziele; jakie to kręte są ścieżki czasem, heh)
Roel Meelkop powoli wyrasta na mojego "małego mistrza". Jego >Momentum< zawiera utwory, które pierwotnie były instalacjami, niektóre z nich zostały przearanżowane na potrzeby albumu, a inne są zaprezentowane w pierwotnej formie. Szczególnie druga połowa płyty robi wrażenie. Abstrakcyjna, nieraz ascetyczna, często preceyzyjna, chłodna, muzyka elektroniczna taka jak na tym krążku to jeden obszar zainteresowań Holendra. Drugim jest field-recording, płyty (onkyo ok) w całości mu poświęconej nie mogę polecić. Jest to jedyna słaba rzecz w jego dorobku, jaką słyszałem, a znam trochę. Szczególnie wart uwagi jest 5 (Ambiences), na którym nagrania terenowe pojawiają się w kilku miejscach, często stanowiąc interesujący kontrapunkt dla elektroniki.
O Martinie Küchenie i Ericu Carlssonie już kiedyś było. Teraz o ich albumie Beirut wydanym przez Kning Disk w zeszłym roku. Dzięki Mazenowi Kerbajowi, libańskiemu improwizatorowi, trębaczowi, rysownikowi, który na swoim blogu opowiada o życiu w Bejrucie, być może więcej osób przejęło się wydarzeniami w Libanie. A na pewno zwróciło to oczy improwizatorów na ten kraj. Projekt MUTA (Alessandry Romboli, Ingara Zacha i Rhodri Daviesa) nagrał płytę dedykowaną narodowi libańskiemu i Kerbajowi, gdzie tytuły utworów zostały zapożyczone z jego rysunków.
W przypadku tego albumu jest on autorem liternictwa na okładce.
Muzyka jest pełna brzydkich, czasem nieporadnych perkusyjnych dźwięków. Küchen oprócz saksofonu barytonowego i altowego używa też czegoś o nazwie "radio saxophone" oraz elektrycznych szczoteczek (którymi chyba dotyka instrumentu, przez co osiąga terkoczące albo klekoczące dźwięki). Nie ma być ładnie, ma być topornie i faktycznie czuć mozół w graniu (celowy - to przecież świetni muzycy). Pewne pojęcie o palecie brzmieniowej daje następujące zdarzenie: gdy raz słuchałem tego na głośnikach, pojawił się nagle głośniejszy od innych dźwięk, trochę się zdziwiłem, ale że w sumie pasował do tego, co było, pomyślałem, że to fragment, który wcześniej (na słuchawkach - wskazane: pozwalają wychwycić dużą ilość detali) nie odstawał tak bardzo od reszty. Jednak że utrzymywał się długo, za długo, pomyślałem, że coś jest nie tak. Podszedłem do okna, a tam jakieś dziecko przeciągało metalowe grabie po wyłożonych kamieniach.
Z nieprzyjaznym światem dźwiękowym kontrastuje idylliczne zdjęcie w środku okładki. Pan i pani siedzo-leżą w dużym gnieździe na brzegu jeziora, jest to chyba stanowisko do polowania, pan trzyma strzelbę. Obydwoje z ufnością i spokojem, w błogostanie, spoglądają przed siebie. A może to taki ironiczny komentarz...
Z trzech ostatnich płyt z Another Timbre najbardziej podoba mi się ...de las piedras wspominanych Romboli (flet) i Zacha (perkusjonalia) oraz Estebana Algory (akordeon). Ale tego napiszę porządną recenzję.
Chyba ten wspis jest już wystarczająco długi, więc o książkach, filmach (i może trochę o radiu...) kiedy indziej.
