Pokazywanie postów oznaczonych etykietą another timbre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą another timbre. Pokaż wszystkie posty

1/22/2012

spieszmy się słuchać płyt, tak szybko wychodzą (22.01.2012)

Ponieważ 2012 jeszcze tak młody, to złamię swoją zasadę pisania tutaj o płytach z bieżącego roku i zajmę się kilkoma z 2011, które dopiero niedawno do mnie dotarły.

Anett Németh A Pauper’s Guide to John Cage

Dwie kompozycje (27 i 17 miniut), gdzie pojawiają się klarnet, fortepian, odgłosy przedmiotów (również subtelnie przetworzone) i nagrania terenowe.
W wywiadzie na stronie wydawcy autorka opisuje swoje zamierzenia zarazem trafnie podsumowując to, co stanowi o sile jej muzyki:

the skill is to touch or illuminate something particular or beautiful that dwells unnoticed in the folds of the everyday. So, for instance, if you simply play back a field recording made on a city street it quickly becomes boring, but for me composing is partly about struggling with that sort of mundane material, moulding it, adding to it, working it to make suggestions and intimations of other things, but without losing the grounding in the everyday sonic world.
Pierwszy raz miałem okazję posłuchać tej płyty późno w nocy i te okoliczności tak dobrze pasowały do muzyki, że na razie nie zamierzam jej sprawdzać w innej sytuacji. Świetnie słucha się tego względnie cicho przez głośniki, kiedy nagrania terenowe mogą symulować otoczenie, jak i przez słuchawki, gdzie wszystkie detale mamy jak na dłoni. Németh ma ucho zarówno do szczegółów, jak i do całościowej struktury. Osią jest w zasadzie fortepian, ale obecny tak nienachalnie, że nie dominuje innych, nawet mniej znaczących, elementów. Lubię taką muzykę, która się nie narzuca, ale jeśli chce się w nią wejść, to w głębi jest wiele do znalezienia.

Ryu Hankil / Choi Joonyong / Hong Chulki Inferior Sounds

Z grubsza biorąc, u improwizujących Koreańczyków nic nowego. To nadal ten sam mikrokosmos szmerów, zgrzytów i pisków. Plus trochę ciszy dla równowagi. Hong Chulki używa gramofonu, Choi Joonyong odtwarzacza cd, Ryu Hankil werbla i maszyny do pisania. Przy okazji polecam ten album tego ostatniego, a odradzam przydługi duet z Jasonem Kahnem, oba wydawnictwa zresztą jeszcze bez grania na maszynie.
Ci którzy znają już ich działalność, Inferior Sounds raczej się nie rozczarują. A ci którzy nie widzieli jeszcze płyt z Balloon&Needle, będą mieli okazję się uśmiechnąć na zmyślne opakowanie. To zresztą nie pierwszy raz w tym wydawnictwie, fajnie, że komuś chce się tak kombinować.


Quadrat:sch + Zeena Parkins / Herbert Pirker Stubenmusic

Przyjemna rewitalizacja muzyki folkowej nakładem col legno. Quadrat:sch to kwartet złożony z cytry akordowej (Christof Dienz), kontrabasu (Alexandra Dienz), dulcimera (Barbara Romen) i kontrgitary (Gunter Schneider). Ten ostatni instrument może być wskazówką, jaki region zainteresował muzyków, bowiem ta gitara jest spotykana w muzyce austriackiej i alpejskiej. Na pierwszej płycie zespół płynie sobie przyjemnie i bez zaskoczeń, na szczęście nie jest tak milusio jak u Schrammlów. Jakiś idący z duchem czasu i aspirujący do bycia trendy Heurigen mógłby spożytkować takie granie.
Na drugim krążku kwartetowi towarzyszy Parkins na jakiejś endemicznej harfie i Pirker, perkusista, który współpracował m.in. z Louisem Sclavis, Maxem Naglem czy Wolfgangiem Mittererem. Harfę trudno wyłowić spośród dwóch pozostałych instrumentów strunowych, ale wkład perkusyjny słychać i dobrze robi on całości, kierując ją w nie tak ściśle zorganizowane rejony. Choć nadal obywa się bez szaleństw, które może by i nie zaszkodziły tej muzyce.

Ural Umbo Delusion of Hope

Drugi album duetu Reto Mädera (znanego jako RM74, którego wspólną płytę z Ralfem Wehowsky'm Pirouetten bardzo polecam) i Stevena Hessa (znanego pewnie najbardziej z udzielania się w Pan American, ale warto też sprawdzić jego trio Haptic).
Zaczyna się obiecująco, 9-minutowym (najdłuższym w zestawie) mrocznym, ciężkim, stopniowo gęstniejącym utworem. Następny niestety niszczy tak umiejętnie zbudowany klimat dość topornym (rytmicznie) waleniem w perkusję. Rytm pojawi się jeszcze dwa razy: najpierw grubiańsko-marszowo a potem wprowadzany nieudanie (i bezcelowo) w najlżejszy (niemal pastelowy) fragment albumu. Zapewne nie jestem idealnym odbiorcą tej produkcji, bo ani nie znam poprzednich dokonań duetu, ani nie mam doświadczenia w (black / doom) metalu, którym panowie się inspirują. Jednak mimo zastrzeżeń do ociężałości perkusji, to Ural Umbo zainteresowali mnie na tyle, że przy okazji zagłębię się w ich dorobek.

5/04/2010

co słychać (przez linki) ?

Another Timbre po zwyżce formy (Magda Mayas, Patterson/Capece) ostatnim rzutem wydawniczym nadaje nowe znaczenie określeniu "zły dizajn". Może oprócz Ap'strophe, który jest bezpiecznie nijaki, ale pozostałe załamują mi ręce, gdy po nie sięgam (chyba, że spróbuję doceniać oprawę płyty tria Martin Küchen, Keith Rowe, Seymour Wright *konceptualnie"). Another Timbre to naprawdę dziwny przypadek przepaści między kiepską formą, a bardzo dobrą treścią. I właśnie tutaj na ratunek przychodzi najbliższa Audiosfera, gdzie zapoznacie się z tą drugą, bez przymusu obcowania z pierwszą.

Z aktualności innych: kolejny FRIV w najbliższy piątek i sobotę w Budapeszcie. Ponoć to piękne miasto - czyli już dwa powody, żeby się wybrać.

Ze starszych spraw: nowy numer Fragile, gdzie m.in. o Bukowskim, Nabokovie, DJ-u Spooky'm i Madlibie, Janek Topolski szuka humoru w muzyce współczesnej, a ja w nim brodzę komentując teksty Łony, głównie z pierwszej płyty.

Niedający się podciągnąć pod aktualność, ale wciąż wart przeczytania, obszerny wywiad z Tetuzim Akiyamą (jego zredagowana wersja w drugim M|I). Przy okazji ulotki, które Akiayma zeskanował na jego potrzeby.

Jeszcze dwie rzeczy, na które chciałbym zwrócić waszą uwagę: komentarz do Becketta/Feldmana, który dostarcza nowszego tłumaczenia libretta oraz ta strona.

9/05/2009

Kilka muzycznych wysp (głównie brytyjskich)

Szybki przegląd tego, co ostatnio usłyszane.

Przypomniałem sobie o podcastach Hotflush Recordings. Genialny jest Sigha, nieco zastanawia Scuba. Sam nie wiem, czy się cieszyć, że przez 1,5h prawie bez przerwy nadaje na technowo. To nie żadne zaskoczenie, a też idzie mu to całkiem dobrze, ale...Przypomniałem sobie wywiad z nim z #2 Woofah, gdzie krytykował rave'owy trend w dubstepie, jako prostą i nudną formułę. Ale czy podobnie nie będzie z technoizowaniem go? Drażni/bawi ten "groźny" głos mówiący nazwę wytwórni i ksywkę artysty.
Długo zabrało mi wgryzienie się w Maybes EP Mount Kimbie, bo ciągle nie mogłem odnaleźć tam więcej niż osłodzonego Buriala. Ale dziś chwyciło, szczególnie kawałek trzeci i czwarty.
O zamiłowaniu Scuby do techno świadczy najsilniej "Hundreds and thousands", który na mnie nie działa (i jakie długie). Natomiast strona A, "Klinik" - jak najbardziej.
Nie mogę się przekonać do "Just for you" Untolda, brakuje tu głębi i bogactwa aranżacyjnego rewelacyjnych "Anaconda" i "I can't stop this feeling", które składają się chyba na singiel roku.
Jednym z największych rozczarowań jest jak na razie "XP Dub" i "Peace Dub" Helixira, ten drugi jakby trochę kojarzy się z Mount Kimbie nawet. W każdym razie, straszliwy regres względem "Helicraft".

Inna wyspa: improwizacja. Jeszcze trawię ostatni rzut z Another Timbre. Trio Seymoura Wrighta/Grundika Kasyansky'ego/Jamie'go Colemana ma bardzo ciekawe partie, ale jako całość jest trudne w odbiorze. Te "puste" fragmenty nie mają napięcia.
Za to być może za mało pustki jest w grze tria Léo Dumont/Ute Kanngiesser/Paul Abbott, bardzo podoba mi się fragment w środku, gdy wiolonczela gra bardziej tradycyjnie (wcześniej zbyt dużo tego drapania, pocierania) i poddaje posuwiste oparcie dla pozostałych.
Na Diapazonie moja recenzja jednej z lepszych płyt tego roku: Close Up Bertranda Gaugueta/Franza Hautzingera/Thomasa Lehna.
Z innego kontynentu: Self-Hate Index Grega Kelley'a - harakiri trąbką, o tak.

Jeszcze coś: niektórzy już wiedzą, ale warto pewnie powtórzyć: Schlachthofbronx! Wydali album i epkę. Pod linkiem znajdziecie promo-mix, a tutaj fragmenty z wszystkich kawałków do posłuchania. Z przymrużeniem oka - zacne szaleństwo.

Aktualnie wyrabiam sobie zdanie na temat nowych albumów Zomby'ego i Radiana, drugi rokuje bardziej niż pierwszy.

5/10/2009

EKG - Electricals (Another Timbre, 2009)

Patrząc na katalog Another Timbre łatwo dostrzec, że wytwórnia skupia się na projektach z udziałem muzyków brytyjskich, choć nie jest to żelazną regułą, bo artyści z Kontynentu też są obecni. Dopiero szesnaste wydawnictwo AT oferuje wyprawę za Ocean, prezentując amerykański duet: Ernst Karel i Kyle Bruckmann.
Ta dwójka klasycznie wykształconych instrumentalistów (Karel - trąbka, Bruckmann - obój) poznała się pod koniec lat '90 w Chicago, gdzie uczestniczyli w różnych projektach związanych z muzyką improwizowaną, współpracowali m.in. z Olivią Block, Gene'em Colemanem.

Na piątym albumie projektu większy niż instrumenty wpływ na brzmienie materiału ma analogowa elektronika (co tytuł jeszcze podkreśla), trąbka prawie w ogóle nie jest obecna, ale zdarzają się momenty, gdzie dźwięki akustyczne da się rozpoznać (Bruckman gra tutaj też na innym rzadko spotykanym okazie - rożku angielskim). Jest tak np. w końcówce 13-minutowego (najdłuższego na tym albumie, trwającym ponad trzy kwadranse) "Drift", który przywodzi na myśl pierwsze wydawnictwo Another Timbre - Tempestuous tria The Contect of Pleasures. W podobny sposób, choć mniej agresywnie, dźwięki EKG powoli opadają lub wznoszą się, rysując delikatnie krzywizny. Ta metoda jest przeniesiona na kształtowanie elektronicznej materii (a instrumenty nie służą kontrapunktowaniu, raczej budowaniu osłon lub przesłon zmieniających jej obraz), która faluje w ostrożnych modulacjach, zmianach częstotliwości. Duet często operuje dźwiękami o dużej powierzchni, ale nie tyle rozlewa dźwiękowe plamy, co z precyzją wycina z nich wstęgi. Nie zapomina o odpowiednim ich rozłożeniu - pod nimi skradają się ziarniste, lekko chropowate drobiny, nieraz przebijające się wyżej i wywołujące zaburzające wypustki. Ernst Karel przywołuje muzykę elektroniczną lat '50-'60 jako inspirację i to faktycznie słychać: początek "Current" ma takie mechaniczno-brumiące, lo-fi brzmienie, później pojawiają się efekty w stylu dawnych operacji "muzyki na taśmę" - brudne echo przekształcające pojedyncze uderzenie. Zamykający album "Interval" jest może najbliżej dronu, ale im dłużej trwa, tym bardziej kłopotliwy się robi, brudząc i naddzierając czyste z początku połacie dźwiękowych płócien, tak że trudno wylegiwać się na nich w spokoju.

Użycie analogowej elektroniki pozwala myśleć o EKG w kontekście dwóch innych amerykańskich duetów: English i GOD, które też operują takim sprzętem. Jednak EKG w porównaniu z nimi jest o wiele delikatniejsze, nie pozwala sobie na nieokiełznanie i wycieczki w wąwozy hałasu. Może wynikać to też z metod pracy, bo choć Bruckmann i Karel są improwizatorami, to ich wspólne albumy są wynikiem komponowania: edycji, aranżowania, przestawiania materiału nagranego podczas improwizacji. I jedno jest jasne: są w tym bardzo dobrzy, słychać, że utwory są przemyślane, da się wyczuć włożoną w nie pracę. Podobne wrażenie przynosiła poprzednia płyta duetu No sign (pomiędzy nią a Electricals była jeszcze Group z dołączonym do EK G - Giuseppe Ielasi'm), która choć nieco mroczniejsza, zamieszkuje zbliżone rejony. Nie ma mowy o powtórkach, więc w niczym nie ujmuje to wartości najnowszego krążka - jest dobrze, ale może mogłoby być lepiej?

P5105204
Powtórzenie zdjęcia z okładki na drugiej stronie, odwróconego? Okej, ale jeszcze raz w środku, w szarościach? Po co? I ten nadruk na cedeku raczej brzydki.

Wywiad z duetem i z Karelem, bardziej o jego działaniach solo (a zajmuje się instalacjami, nagraniami terenowymi).
Pierwszą płytę (z 2001), inną niż późniejsze rzeczy, można ściągnąć tutaj
Wydane ostatnio przez Another Timbre duety Karel/Bruckmann i Krebs/Davies, prowadzą do innego duetu, który ma wydać Cathnor - Karel/Krebs, no ciekawe, fajnie jak tak płyty (muzycy) się przeplatają. (A Karel ma też jakieś przedsięwzięcie z Alessandro Bosettim, mam nadzieję, że coś z tego kiedyś ujrzy światło dzienne.)

5/09/2009

Octante - Lúnula (Another Timbre, 2009)

Ferran Fages i Alfredo Costa Monteiro byli dla mnie jednym z (licznych) odkryć Musica Genera Festival w 2006. Zagrali wtedy w specjalnie na festiwal zaaranżowanych składach, jak również razem pod nazwą Cremaster. Wtedy też kupiłem ich wspólną płytę z Ruth Barberán Atolón, która była niczym odkrycie nieznanego lądu albo raczej zwierzęcia nieznanego gatunku, które powstało dzięki krzyżówce dwóch, w jakiś sposób przeze mnie już udomowionych - improwizacji i noise'u. Postanowiłem bacznie przypatrywać się działalności tych artystów, co nie było trudne, bo w takiej czy innej konfiguracji, wypuszczali niemało wydawnictw.

Lúnula to druga płyta kwartetu Octante, w którym oprócz wymienionych uczestniczy Margarida Garcia. Tylko ona używa dokładnie tego samego sprzętu, jak na poprzednim albumie (który ukazał się w 2005 nakładem L'Innomable), czyli elektrycznego kontrabasu. Costa Monteiro do akordeonu dołożył przedmioty, Fages produkuje dźwięki oscylatorami i przystawkami, a Barberán rozszerzyła brzmienie trąbki za pomocą głośnika i mikrofonów. Na płycie znajdują się dwie około 30-minutowe improwizacje nagrane w lutym 2008. Obie są raczej mroczne, chwilami nawet posępne, jednak również dynamiczne, pierwsza w najcięższych miejscach nieco przytłaczająca (a tutaj to miłe uczucie, gdy dźwięk narasta, wydaje się być wszędzie wokół). Swój ciężar zawdzięcza przede wszystkim smyczkowanemu kontrabasowi, który ociężale przesuwa się po wyboistym dnie, a także chwilami dronującemu akordeonowi (ale Costa Monteiro nie osiadł zupełnie w niskich rejonach - gra również wysokie tony). Druga odsłona jest nieco lżejsza albo raczej - przejrzystsza, unoszą ją czyste, nieco kujące częstotliwości oscylatora, a także powłóczysto-mgliste zawodzenia trąbki. Nadal są to dźwięki zamazane, ale teraz słychać, że jest to na pewno ten instrument, czego w pierwszym utworze rzadko można było być pewnym. Zestaw używany przez Barberán jest bardzo ciekawy, bo oferuje wiele możliwości, a słuchaczowi pozwala na spekulacje - skoro mikrofony zostały wyszczególnione to może są umieszczane wewnątrz trąbki? skoro głośnik, to może ma wpływ na brzmienie: jest mały i wychodzą z niego dźwięki przesterowane? skoro mikrofony i głośnik, to może sprzężenia?

To, co słychać, czyni prawdopodobnym każde z tych przypuszczeń, jednak są to rozważania na potem, bo podczas wrażenie robi całość, współistnienie elementów, które tworzą tak silnie zespolone konstelacje, że ciekawość pcha nas potem do zastanowienia się, co się na nie składa i jak to funkcjonuje (coś na zasadzie podziwiania pięknego zegara i rozkręcania jego mechanizmu). W porównaniu do poprzedniego wydawnictwa kwartetu, jest tu kilka różnic: tam Garcia przede wszystkim grała pociągając struny palcami (co tutaj pojawia się tylko na początku), Barberán prawie zupełnie zrezygnowała z "technik rozszerzonych" polegających na tworzeniu dźwięków wargami na ustniku (charakterystyczne "cmoknięcia"), nie ma też elektronicznych skrawków, które na Octante Fages produkował sprzężonym mikserem. W swej szorstkości, zabrudzeniach, nadłamaniach Lúnuli bliżej do Semisferi, gdzie grali Fages, Costa Monteiro i Barberán. Co łączy te dwa albumy, to silnie zaznaczona (ale umiejętnie wyważona) obecność akordeonu i operowanie długimi formami (na Semisferi są dwa ponad 40-minutowe utwory). Nie można jednak powiedzieć, że te dwie płyty są do siebie podobne, oczywiście jest to pewna stylistyka (może już nawet nieco ustabilizowana), w której ci improwizatorzy operują, ale najnowszy album pokazuje, że nadal poszukują nowych dróg, a nie płyną po ustalonym kursie (dowodem na to jest choćby rozszerzanie i zmiany instrumentarium).

Propozycja z Półwyspu Iberyjskiego lokuje się bliżej cięższego krańca spektrum muzyki improwizowanej, choć nie jest to gadżet z katalogu dźwiękowego s&m. W przeciwieństwie do nazwy i tytułu (który oznacza półksiężyc) wynoszących w sferę astronomii, moje skojarzenia są raczej związane z ziemią, choć zmierzają ku górze. Ta muzyka kojarzy mi się z jakimś trudem, mozolnym poruszaniem się, może ze wspinaczką, gdzie po udanym kroku, istnieje ryzyko osunięcia się w dół i właśnie ta niepewność czyni to tak ekscytującym. Nawet jeśli słuchanie tego albumu wymaga pewnego wysiłku, to ostatecznie okazuje się on satysfakcjonujący.

5/07/2009

Annette Krebs, Rhodri Davies - Kravis Rhonn Project (Another Timbre, 2009)

Wspólny materiał Krebs i Daviesa to spotkanie muzyków z dwóch ważnych dla improwizacji elektro-akustycznej ośrodków: Berlina i Londynu. Krebs do stolicy Niemiec przyjechała w 1993 i zaczęła poznawać tamtejszą scenę muzyki improwizowanej oraz aktywnie w niej uczestniczyć. W swojej grze idzie niejako pod prąd klasycznemu wykształceniu, które odebrała ucząc się grać na gitarze - zaczynała od preparowania instrumentu, potem doszła elektronika, mikser, który służył do kontrolowania sygnału z gitary, a ona stawała się bardziej źródłem dźwięku. Od jakiegoś czasu Krebs korzysta coraz częściej z radia i taśm z przygotowanym materiałem.
Davies mieszka w Londynie od 1995, tutaj współpracował w wielu projektach z Markiem Wastellem (The Sealed Knot, IST, Broken Consort, Assumed Possibilities). Jest harfistą, udziela się nie tylko na polu muzyki improwizowanej, ale też jako wykonawca muzyki współczesnej, ma również na koncie współpracę z The Cinematic Orchestra.

Muzyka improwizowana w obydwu wspomnianych miastach z końcem lat '90. zwróciła się w kierunku generalnie cichszego grania, ograniczania materiału dźwiękowego, co w stolicy Anglii zostało ochrzczone mianem "London silence" a w Niemczech "Berlin reductionism". Jednak opisywanie Kravis Rhonn Project jako dzieła pogrobowców tamtych tendencji byłoby nietrafione, bo ta muzyka to coś zupełnie innego. Jednocześnie z tego właśnie powodu jakiś sposób opisu, ustawienia tego albumu w kontekście, byłby przydatny. Nie wiem, czy będę w stanie go zapewnić.

Kłopot w opisie wynika z tego, że jest to muzyka trudna, nawet nie tyle w odbiorze, co (tak to sobie wyobrażam) w stworzeniu. Trudna, bo wymagająca odwagi od grających, ryzykowna, bo ani nie ultra-minimalistyczna, jak np. dokonania Malfattiego i jego uczniów, ani nie stawiająca na dialogowanie, wymianę między grającymi. Co nie znaczy, że muzycy nie słuchają siebie nawzajem, grają "mimo", na pewno jest między nimi jakiś rodzaj porozumienia, bo taka rozwaga w dobieraniu dźwięków może wynikać tylko z wzajemnego zrozumienia. Ale jest to coś, co nie przekłada się w oczywisty sposób na grane dźwięki. Porzucenie improwizowanego dialogu jako modelu tworzenia muzyki, powoduje, że mylące byłoby stwierdzenie, że w pierwszej odsłonie (21-minutowej - trwającej niewiele mniej niż dwa pozostałe utwory) to Krebs wiedzie prym. To dawałoby do zrozumienia, że Davies pozostaje w tyle, przegrywa w wyścigu o jakąś stawkę. A tego nie można powiedzieć - bo nie wiadomo, co jest stawką (jeśli ona tutaj istnieje). Poza tym byłoby to branie ilości za jakość. Harfista gra mało, ale gdy już wydobywa z instrumentu dźwięk (nieco kojarzący się z gitarą akustyczną), to jest to właśnie ten dźwięk, który powinien się pojawić. Duża część decyzji podejmowanych przez Niemkę też opiera się na właściwym umiejscowieniu elementów, bo często korzysta ona z nagrań głosów (zapowiedzi radiowe? rozmowy?), z których kilka jest bardzo cichych (zdecydowanie warto obcować z tym albumem na słuchawkach - ale nie wyłącznie), tak że brzmią jak dobiegające z sąsiedniego pokoju, jak również z urywków radiowych (ale, ten 50 Cent to nie zza ściany).
W kolejnych dwóch utworach Davies (na ile da się to oczywiście określić, rozgraniczyć) dokłada kilka dźwięków przypominających sprzężenia, będących pewnie efektem traktowania strun e-bowem oraz przez dłuższy czas delikatne partie terkotliwo-brzęczące. W ostatnim, gdy będą one wysunięte na pierwszy plan, Krebs jakby chcąc skomentować "cyfrowy" charakter tego dryfowania, zaproponuje nagranie prawdziwych fal (to jest przykład innego rodzaju ryzykowności tego albumu). Bardzo podoba mi się też jej pomysł, by niektórych nagrań (a może nie bójmy się tego słowa: sampli) użyć kilka razy. Jesteśmy daleko od jakiegokolwiek poczucia regularności, używania tego jako podziałki, ale może to jakaś bardzo daleka pochodna refrenu? Jeden z takich elementów jest najpierw wyraźnie spowolniony, a gdy pojawia się drugi raz chwilami ma normalne tempo, ale trochę jakby wciągało kasetę. Drugie nagranie, gdzie głos jest jeszcze łatwiej rozpoznawalny, bo jest to fragment mówiony, przewinie się trzy razy, ale maestria powtórzenia polega na tym, że gdy po dwóch razach mogliśmy nawet go już zapamiętać, to ostatnie wypuszczenie daje nam tylko sam początek (reszta dopowiada się w głowie?).

Jako punkt odniesienia można by przywołać płytę Krebs z Robinem Haywardem, gdzie też używa on sporo sampli, jednak tamten album jest o wiele bardziej dynamiczny, w porównaniu z tym chwilami wręcz dramatyczny (dzięki tubie Haywarda). Na Kravis Rhonn Project (ech, co za tytuł, ciekawe, czy na drugim albumie użyją go zamiast nazwisk?) słychać bardziej operowanie powierzchniami, co nie znaczy, że brak tu głębi i napięcia. One są, jak najbardziej, ale podane subtelniej, co wynika z powściągliwości grających, która na szczęście nie wypada nienaturalnie - jest wynikiem świadomości warsztatu, a nie odgórnych założeń.
Nie wiem, czy najlepsza (bo nie wiem, wedle jakich kryteriów określać, jak bardzo jest udana), ale na pewno najciekawsza płyta ostatnich miesięcy. Odważna, fascynująca, niepostrzeżenie wciągająca.

P5105202

Dobra, nie chcę się czepiać, ale okładka zaledwie taka sobie, bezpiecznie abstrakcyjna, obrazki Louisy Martin.

P5105203

A tutaj recenzja Richarda Pinnella.

4/14/2009

Śpieszmy się słuchać płyt, tak szybko wychodzą

Ilość wydawnictw, jakie ostatnimi czasy wpadły w moje ręce, waha się na granicy porządnego przyswojenia i przesłuchania. Póki jeszcze jakoś daję radę, postanowiłem zrobić wpis zbiorczy, gdzie chociaż pokrótce o tych różnych albumach.

Emiter był taki miły, że dał mi trzy swoje ostatnie wydawnictwa.

Emiter / Franczak - vs. poezja konkretna

P4034783

W warstwie wizualnej motywem przewodnim jest wiersz bez tytułu z 1970 Gerharda Rühma, do znalezienia w nieocenionym numerze Literatury na Świecie - 11-12/2006. Także tam, pojawiające się w innym momencie, fragmenty z Jiří'ego Kolářa. Pierwsze kilkanaście minut zdominowane jest przez litery (np. na kartkach, foliogramach), potem jest ich mniej, choć też są obecne. Mamy sekwencję ujęć blokowisk i balkonów, gdzie pojawia się tajemnicza postać człowieka-jelenia, któremu następnie towarzyszymy w lesie. Jest trochę zniekształceń, pikselizacji, przenikania warstw.
Dźwiękowo jest nieco zaskakująco, zaczyna się od szumów itd, ale potem wchodzi loop gitarowo-wokalny, całkiem okej, ale zbyt długo jest eksploatowany i zaczyna mnie męczyć (głównie przez to, że głos jest wysoki). Razem z pojawieniem się blokowisk wchodzi bit, który kojarzy się z Buniowymi Historie + R, klimat jest taki trochę nieuczesanego "nu-jazzu". On też jest długo obecny, nie jest sam w sobie specjalnie ciekawy, ale wokół niego dzieją się inne rzeczy. Np. odzywa się Kurt Schwitters, którego Ursonate jest przetwarzane.
Tak więc - warto sprawdzić, a ja mam nadzieję, że będę miał szansę zobaczyć duet na żywo, bo podobno podczas CoCArtu było dobrze.

Oprócz tego dostałem album Pocztówki dźwiękowe z Dolnego Miasta, który chyba nie jest sprzedawany? a który jest wynikiem warsztatów z dziećmi w CSW Łaźnia. 27 fragmentów nieprzetwarzanych nagrań terenowych.

Linie Północne to projekt Dymitera z pisarzem Marcinem Odiją, który tutaj ujawnia się jako wokalista. Choć lubię tematykę morską itd, to mam momentami problem ze sposobem, w jaki Odija podaje tekst, ma manierę zaciągania, nie wiem, coś jak Maleńczuk bez ikry. Muzycznie pierwszy utwór w okolicach Fennesz/Sakamoto, potem gitara, raczej stonowana, w ogóle trochę mi się ten album kojarzy ze współpracą Machinefabriek i Jana Kleefstry.

Serpent podaje, że Linie i dvd wydał Sojuz, co oznaczałoby powrót do życia własnej inicjatywy Dymitera (a ciekawe, czemu wewnątrz okładki tego pierwszego pojawia się logo Monotype?).

Kolejne trzy po koncercie The Ames Room w Dragonie.

Clayton Thomas - Bad Self

P4034802

Świeżynka - ponad godzina solowego Claytona (trzy utwory z 2008, jeden z 2007 i jeden z 2004), tutaj pisał o tym Andrzej Nowak. Może mówienie o "ambiencie" nie jest najlepszym określeniem, ale wiem, o co chodzi, bo muzyka jest raczej przyczajona i ukryta. Ale jeśli podchodzi się do niej z odpowiednim nastawieniem, skupieniem, to np. taka zamykająca krążek 32-minutówka, może nas zabrać w bardzo ciekawe rejony. Wydane pod szyldem Gutstring, czyli prawdopodobnie projektowała Clare Cooper. Pewnie nie będzie dostępna powszechnie, ale można zapytać Thomasa przez myspace'a, a jeśli ktoś się brzydzi, a chciałby kupić, to myślę, że mogę pomóc w skontaktowaniu.

Jean-Luc Guionnet, Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Seijiro Murayama - Noite

P4034807

Och, piękna płyta, jedna z lepszych, jakie słyszałem w tym roku. Dwie długie, oszczędne improwizacje na saksofon, altówkę, wiolonczelę i perkusję nagrane na lizbońskiej ulicy (wyobrażam sobie, że w nocy, po deszczu). Porządna recenzja później, a tymczasem podziwiajcie okładkę (te zdjęcia jak z kamery monitorującej).

P4034808

Will Guthrie - Spear

P4034795

Kolejna własnym sumptem: ta 3" wydana w 2005 w Antboy'u zawiera nieco ponad osiem minut dźwięków - ale co to za dźwięki. Jak może niektórzy wiedzą, Guthrie działa (upraszczając) dwutorowo: bywa "bębniarzem", ale jest też konstruktorem, który składa swoje utwory z elementów różnego pochodzenia. Tutaj mamy to drugie wcielenie, a oprócz brzmień wydobytych z perkusji, na tą rzeźbę złożyły się dźwięki konkretne, radiowe, elektroniczne i potem wszystko było ustawiane, edytowane. Ostrzej niż podczas występu na Generze, ostrzej niż na solówkach Body and Limbs Still Look to Light i Building Blocks. Najbliżej może Cinabri - duetu z Ferranem Fagesem, z którego, jak przyznał zagadnięty przeze mnie o to, Guthrie jest bardzo dumny.

Herman Müntzig, Martin Küchen, Andreas Axelsson - Sound of Mucus

P4034798

Wspominałem już o kupnie tej płytki, zdecydowałem się głównie ze względu na Küchena, byłem ciekaw, jak wypadnie jego spotkanie z Müntzigiem. Dziwnie, tego pierwszego słyszę tu najwięcej, tego drugiego bardzo mało. Küchen jest dobry, jak zwykle, ale nie robi nic takiego, czego jeszcze bym nie słyszał. Denerwuje mnie trochę śmieciowa perkusyjność pod koniec, a improwizacji jako całości brakuje spójności (ech - może takie było zamierzenie). Okładka bazuje oczywiście na plakacie do filmu Sound of Music.

Sebastian Lexer, Seymour Wright - Blasen

P4034804

Sebastian Lexer, Seymour Wright blasen


Another Timbre wydało właśnie trzy płyty, które zapowiadają się bardzo ciekawie. Tu jeszcze jedna ze starego rzutu. Dwie długie improwizacje: Wright na saksofonie altowym, Lexer na fortepianie, z dodatkiem "+" co oznacza program napisany w Max/MSP do przetwarzania dźwięków. W pierwszej zajmuje się sygnałem ze swojego instrumentu, co ciekawe, choć czasem wyraźnie słychać operację przetwarzania, to nie razi to wcale. W drugiej to wkład Wrighta jest poddany obróbce, choć szczerze mówiąc, mam problemy z usłyszeniem tego. Ciągle mam wrażenie, że za mało jeszcze słuchałem tego albumu, że coś mi umyka, bo duet pozostaje raczej na niewysokim poziomie głośności i dba o najmniejsze detale.

Jak często w przypadku tej wytwórni, zawartość krążka jest przynajmniej dobra, ale jego opakowanie - mniej niż satysfakcjonujące. Mnie razi już strona internetowa labelu, z tymi ramkami i niedbale zrobionymi miniaturami okładek, gdzie napisy zamieniają się w robaczki. Okładkom płyt niby nie można nic zarzucić, ale zwykle są po prostu średnie, bezpieczne, bez pomysłu. Nie wiem, może się czepiam...

Phil Durrant, Lee Patterson, Paul Vogel - Buoy

P4034812

...ale gdy trzymam w rękach takie opakowanie, to widzę, jak można rzeczy robić naprawdę dobrze. Ta płyta też zasługuje na porządną recenzję, która kiedyś oczywiście. Mocna rzecz, choć bardzo powściągliwa i stonowana.
P4034811
P4034809
Cathnor w opakowaniach trzyma się formatu dvd (choć nieco pomniejszonego), ale Buoy przynosi istotną zmianę, która wynika ze względów ekonomicznych. Od teraz nie ma już standardowych plastikowych trzymaków na płytę - dzięki temu opakowanie jest cieńsze i lżejsze. Cd wsadzone jest w zwykłą papierową kopertę z okienkiem, co odrobinę psuje całościowe wrażenie. Moim zdaniem idealnym wyjściem byłoby piankowe kółko, na które można nałożyć płytę.

P4034810


v4w.enko
- Harmonic Ratio


P4034788

Takich używa np. Kvitnu, z którego dostałem ten album. Okładkę zaprojektowała Zavoloka - fajnie (jak często w tej wytwórni urozmaicające pomysły z tłoczeniem w okładce), ale czy nie za bardzo przypomina Test Pattern Ikedy?
A zawartość? Zaczyna się trochę w stylu Mego (Fässler/Roisz, Gert-Jan Prins), dynamicznie, nieco brudno, nie jest źle, potem wpadamy w dziurę o nazwie "electronica" - przyjemnych brzmień, płynnych tonów, to są tracki 12-16, które razem zabierają ponad 25 minut czyli nieco mniej niż 1/3 albumu, pod koniec wędrujemy w okolice Raster-Noton. Okej, na pewno takie dźwięki mają swoich amatorów, ale dla mnie nie jest to pozycja zbyt ciekawa.

5/04/2008

Naczynia połączone

Słyszałem prawie wszystkie płyty, jakie wydała młoda angielska wytwórnia Another Timbre i to A life saved by a spider and two doves (2008) podoba mi się najmniej. Jest to album kwartetu: Evan Parker (saksofon sopranowy), Max Eastley (arc - monochord własnej konstrukcji), Graham Halliwell (komputer, elektronika), Mark Wastell (tam-tam, metalowe perkusjonalia, fisharmonia), nagrany 3. września 2007, kiedy to wszyscy panowie zagrali ze sobą po raz pierwszy. Po pierwszym słuchaniu stwierdziłem, że ich modus operandi to solista (Parker) i dronowate tło tworzone przez pozostałych. Oczywiście to generalizacja, bo nie jest tak przez cały czas - np. w pierwszym (z trzech) utworów. Ale już początek drugiego to popisówa Parkera, podobnie około środka ostatniego. Choć może właśnie dzięki jego wkładowi w centralnym tracku ożywia się reszta, są perkusyjne dźwięki, krążą metaliczno-krystaliczne ostrza. Bo właśnie, w związku z tym krążkiem męczy mnie, jakby to brzmiało gdyby tego wychodzącego przed szereg grania nie było, muzyka byłaby cokolwiek pusta, nudnawa.

Ale bardziej przeszkadza mi wrażenie, że Parker wcale nie przejmuje się pozostałymi, cóż: nie chce im się grać, wolą zostać w tyle - ich sprawa. Zaprawiony w boju saksofonista nie zmarnuje okazji by sobie pograć. Tylko jakby nie zauważał, że gra z innymi. Dla mnie ten kwartet rozpada się na dwie nierówne połowy, z których mniej liczebna dominuje, a każda z nich działa w innej stylistyce i momenty zejścia się są rzadkie.


Mam jakąś dziwną tendencję do konfrontowania Parkera z innymi saksofonistami i po drugim odsłuchu włączyłem
Signal to Noise vol. 4 (2007), na którym słyszymy Jasona Kahna (syntezator analogowy, perkusja), Tomasa Korbera (gitara, elektronika), Norberta Möslanga (jak zwykle - "cracked everyday-electronics"), Güntera Müllera (ipod, elektronika), Christiana Webera na kontrabasie i saksofonistę Katsurę Yamauchi. Wydawane przez For4Ears Signal to Noise to seria nagrywana podczas wypadu Szwajcarów do Japonii (także Korei - o czym niżej), najczęściej z towarzyszeniem tamtejszych muzyków, czwórkę zarejestrowano 7. i 8. marca 2006. Jeśli sięgnąłem po nią w kontrze do albumu z Another Timbre, to nieświadomie, bo dopiero w trakcie słuchania pojąłem, jak bardzo instrumenty akustyczne są wewnątrz przestrzeni tworzonej przez elektronikę. Nie uciekają w bok, nie duszą się pod przygniecione, nie uciekają nad, wszystkie dźwięki się ze sobą przegryzają, przenikają.



Po kolejnym słuchaniu
A life... przyłapałem się na tym, że znów mam zamiar włączyć płytę ze składem elektroniczno-saksofonowym-perkusyjnym - Chip Shop Music (2007). Album wydany przez Homefront (coś wspólnego z Confront?), zarejestrowany 1. czerwca 2007, grają Eric Carlsson, Martin Küchen (to on tu operuje na "rurze"), David Lacey i Paul Vogel. Spotkanie szwedzko-irlandzkie, dwie intrygujące, twarde improwizacje, jakby redukcjonistyczny pomysł na granie (np. małe dźwięki, nieciągłość, chropowatość) wyssał witalne soki od bardziej dynamicznego, ostrego grania (np. Ferran Fages, Alfredo Costa Monteiro i Ruth Barberan na Półwyspie Iberyjskim, English w Stanach - z nimi kojarzy mi się "psująca się" elektronika).


Na zakończenie tego przeglądu album wieńczący serię
Singal to Noise, numer sześć (2008). Koreańczycy stali się w ciągu ostatnich dwóch lat czymś w rodzaju "next new thing" dla improwizacji elektroakustycznej, przede wszystkim za sprawą wydawnictw Manual i Balloon & Needle. Z grubsza rzecz ujmując to raczej oszczędna, niewypolerowana elektronika, z wolnymi przestrzeniami, której zdarzają się wypady w stronę noise'u, wśród grających powodzeniem cieszą się sprzęty takie jak discman, mikser didżejski, gramofon używane niezgodnie z przeznaczeniem.

Okazuje się, że Szwajcarzy trzymają rękę na pulsie i podczas swojej eskapady na Wschód dotarli do Seulu. Tam 16 i 17 marca 2006 w rozmaitych składach grali przez dwa wieczory. Kontyngent europejski to ci sami co na czwórce, minus Weber. Partnerowali im:
Hong Chulki (sprzężenia miksera), Ryu Hankil ("analog clock", laptop), Sato Yukie (gitara, elektronika), Jin Sangtae (radio, laptop), Bae Miryung (laptop) i Choi Joonyong (odtwarzacze cd). Z siedmiu fragmentów setów wybrałbym na pewno ten rozpoczynający album: Korber/Möslang/Hong oraz Möslang/Choi i Korber/Bae/Ryu, może też, siłą rozpędu, następujący po nich i zamykający zestaw: Möslang/Jin/Sato. Dwa z Korberem, w którego zdążyłem trochę zwątpić (po początkowej fascynacji - Effacement) i dwa z Möslangiem - to mnie nie dziwi bo zwykle podobają mi się produkcje z jego udziałem.

Generalnie płyta jako całość może być podsumowana jako kontynuacja stylistyki dawniejszych dokonań Müllera i
Voice Crack, choćby Wireless within (z Philipem Samartzisem) czy Strange love (z Orenem Ambarchim). Jeśli więc ktoś lubi takie brzmienia, to tutaj czeka go sporo miłych wrażeń.