Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przechadzki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przechadzki. Pokaż wszystkie posty

11/04/2008

"The improbable miracle"

Jadę tramwajem, czytam właśnie dostaną (czasowo) The parasite Michela Serresa, co już w samo sobie jest sporym przeżyciem i w ogóle send me shivers. Do tego, nietypowo dla mnie, słucham discmana, bo po przejeździe czeka mnie jeszcze spacer do sądu rejonowego po odpis z krsu (wczoraj też byłem, ale za mało kasy miałem). Mam coś w rodzaju "invisible jukebox" bo w środku płyta z mp3 od Jakuba, wiem że jest Machinefabriek z Vitiello, Northern, nie wiem, czy czegoś przed tym nie ma, więc nie jestem pewien czego słucham aktualnie.

Jest to sytuacja nadmiernej ilości bodźców, Serres powoduje palpitacje płatu czołowego, czuję jak zawiązują się nowe połączenia między neuronami, jak pojęcia w mojej głowie pączkują. I wtedy zostaję zmiażdżony przez plakat w witrynie: Ciebie też stać na CUDA, nie przymierzając - boskie! Jeszcze się do końca nie otrząsnąłem, a w Prosiaczku reklamują Julitki, parówki dla diabetyków. Paryżanki, parówki w najlepszym guście to przy tym pikuś, nie trzeba wyznawać freudowskich pomyłek, żeby zobaczyć tam "Jelitki".

Obok mnie stoi chłopak (facet?), w takich philipsach jak kiedyś miałem, zresztą są one dość popularne, co jakiś czas widzę kogoś w nich na ulicy. Jemu raczej podoba się to, czego słucha, bo buja głową. Dwa przystanki dalej jakaś starsza pani chce usiąść na miejscu, nad którym on stoi, mówi do niego czy mogę pana przeprosić, ale właśnie nie może - raczej głośno słucha. Więc go tak delikatnie odpycha, a przedtem roztacza (stara się utrafić w kobietę siedzącą na kolejnym miejscu) spojrzenie w stylu "no patrzcie ludzie".

Ja tego zestawu (ta muzyka, te słuchawki, ten discman) nie mogę słuchać za głośno, tak żeby się wyalienować, ale jakieś tam sygnały odfiltrowuję. Te słuchawki są dopuszczalne do użytku domowego, ale do chodzenia są ledwo znośne. Z drugiej strony, są na tyle małe, że nie boję się, że ktoś na nie połasi.

Nowym wrażeniem jest, że słyszę swoje kroki, uderzenia stóp. Jak idę tą samą trasą, to zastanawiam się, czy odbieram otoczenie inaczej niż wczoraj, a jeśli tak, to w jakim stopniu dzięki założonym słuchawkom. Nie wiem.

Siedząc wieczorem przed oknem (przed laptopem) i patrząc na spopielony róż nieba, zastanawiam się, czy przez mgłę odczuwam miasto inaczej. Jakbym po nim chodził, to pewnie nie, ale tak zza okna - to że nie widać budynków odległych o 500 metrów, coś zmienia. Albo jak rano z okna łazienki nie widać Akademii Ekonomicznej (od dzieciństwa mojej wieży), wiadomo że ona tam jest, ale teraz/tutaj jej nie ma.

Muszę trochę poczekać, w końcu siadam na przystanku, bo tylko tam sucho (w sądzie za głośno). Nie jestem aż tak oswojony z widokiem przede mną i zastanawiam się, czy jest tam coś, co widziałbym gdyby nie było mgły.

Chyba teraz leci kolejny album i jest raczej okropny, szklisto-świetliste tła, trochę przeszkadzajek i śladowe field-recordingi. Był taki czas, może 2004, a może 2006 albo 2007 (nie '07 to był rok kiedy okazało się, że dron jest już samodzielnym gatunkiem), w każdym razie był taki okres, że odniosłem wrażenie (raczej z czytania recenzji niż słuchania, bo doba ma tylko 24h), że ludzie pchający wózek z napisem "electronica" odkryli istnienie nagrań terenowych. Niech będzie, kolejne coś, czym można przyozdobić, niech już nawet będą dzieci, ruch uliczny, deszcze, ale nie kurwa ptaszki, a teraz właśnie znów wleciały mi one w słuchawki przez te mp3. Nie i jeszcze raz nie, spierdalać/pracować nad sobą!

Siedzę na przystanku i myślę, że teraz/tutaj mógłbym kogoś spotkać, a może nawet poznać. Uśmiechając się przepraszająco zwraca się do mnie starsza pani, żeby zapytać, czy 76 jedzie przez Garbary, nie mam pojęcia, ale z rozkładu odczytuję, że tak. Ona dziękuję, że się pan pofatygował (zdjąłem słuchawki i wstałem). Żeby nie prowokować rozmów, o tym jakie to małe te literki albo jaka podła pogoda (nie taka zła, dość ciepło jest), zakładam szybko nauszniki.

Z Serresem jest trochę tak, jak z produkcjami nibynóżek The Skaters, które chłonę w dużych dawkach przez ostatnie kilka dni (to jest moja spiżarka). Nie wiem, co mam myśleć, nie wiem, czy się zgadzam, ale czuję (nie wiem nawet, czym), że coś mi to daje, jakoś (pokrętnie), teraz/tutaj dobrze działa. I że czegoś takiego, to jeszcze nigdy i nie wiadomo skąd to, ani do czego, ani po co.

7/12/2008

"Byliśmy młodzi, zawsze weseli, czasami bogaci...Lecz oto potrąciłem pewną mroczną strunę: nasz pałac leży w gruzach."

Po pokazie filmów Emile'a Cohla miałem trochę czasu, akurat tyle, żeby dojść na dworzec i zażyczyć sobie fakturę za bilet, a potem dotrzeć do radia. Pierwsze się nie powiodło, bo bilet kupiony w Biurze Obsługi Klienta, które już zamknięte. Drugie się powiodło, choć miałem chwile zwątpienia.

Cały dzień było duszno, parno i przecież Kret zapowiadał, że zimna masa i ciepła masa, jak tak razem, to nic dobrego i burza będzie. Jak wyszedłem z dworca to z chęcią przystałem na propozycję drobnego deszczu, który działał orzeźwiająco. Szedłem wiaduktem i patrzyłem na rozległe torowiska, pociągi odstawione na boczny tor i pomyślałem, że długo się już z Sierusem nie widziałem - ale to nie moja wina.

Gdy wyszedłem z przejścia podziemnego, wody z nieba było coraz więcej. Ale wciąż przyjmowałem to ze spokojem. Po chwili zrobiło się trochę gorzej, trudno powiedzieć, czy lepiej było wracać do przejścia, czy chronić się po drzewem. Wybrałem to drugie, a przecież pioruny były i każdy wie, że jak burza, to nie pod drzewo, no eeech.

Próbowałem nucić "Trees That Fall" Richarda Youngsa, piękną piosenkę, którą przewidziałem do audycji, w dodatku miksowałem to z "Ruptured" Scuby, którego rytm bardzo wbił się w głowę (ale niektóre utwory są zbyt ckliwe w swoim smuteczkowaniu). Stałem pod drzewem i było mi wesoło, ale również refleksyjnie. Pomyślałem o tym parku, parku Drwęskich, parku gdzie kurtyna Kozakiewicza nie powstanie. Parku, w którym naprawdę byłem tylko raz, dawno, jak istniał jeszcze sklep Plays, z osobą, która kiedyś, przez jakiś czas była ważna. Uśmiechałem się w niebo, pomyślałem też, że kiedyś pisałem blogi, w których więcej było o uczuciach.

Słuchałem kół samochodów w deszczu, plandeki uderzającej o budynek i żałowałem, że nie mam sprzętu nagrywającego. Tak często tego żałuję, że chyba w końcu coś z tym zrobię. Opady trochę zelżały i ruszyłem. Ale zaraz znów zaczęło jakby bardziej. Więc pod kolejne drzewo, jakiś śmiałek na chwilę przystanął, ale tylko podwinął nogawki i ruszył dalej (a może mu się spieszyło?).

Zaczęło tak padać, że było bez różnicy, czy stoję pod drzewem, czy idę. Przez chwilę było miło, poczułem się dzieckiem świata, hm, trudno to wyjaśnić (ale w sumie nie chcę tego wyjaśnić).

No a potem było coś strasznego, wichura się zerwała, woda ze wszystkich stron. Schronienie na przystanku, które nie dało żadnej ochrony, na szczęście przyjechał tramwaj (a obawiałem się, że mogli wstrzymać komunikację). Myślałem o fanach zebranych na koncercie Nelly Furtado, która grała pod szyldem "Poznań dla Ziemi" i heh, to zabawne jakoś...

W radiu oczywiście nie było jak się wysuszyć i prowadząc audycję umacniałem się w przekonaniu, że jeśli nie dostanę zapalenia pęcherza, to będzie cud. (Może obejrzę cd "Patroni naszego życia", to wtedy będzie o cud łatwiej.)

Wczoraj słuchałem improwizacji kwartetu Matt Milton/David Thomas/Ryan Jewell/Patrick Farmer, która z początku nie chwyciła (bardzo redukcjonistyczna), ale potem gdy położyłem się w słuchawkach na łóżku i zgasiłem światło, to aż żałowałem, że mam już wychodzić na "Stroiciela trzęsień Ziemi", bo płyta jeszcze się nie skończyła. A dziś przyszła nowa transza z Another Timbre, właśnie kończę Dun, gdzie oprócz Miltona, Matt Davis (trąbka, fieldy) oraz Bechir Saade (klarnet basowy, flety) i może jest nawet lepiej.

Ostatnio czytam Nervalową Literaturę na Świecie (patrz tytuł) i imaginuję sobie, że wpływa ona na to, jak (a może nawet - co) piszę. To znaczy, chciałbym żeby tak było, żeby dało się to wyczuć.