Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty

12/03/2017

Ich bin kein Berliner

Okolice Treptower Park, zwłaszcza te nie tak bliskie parkowi, rzadko mam okazję zwiedzać, więc należało skorzystać mimo średniej pogody. 


Spacerkiem do znanego i lubianego geszeftu Hard Wax, gdzie pierwszą chwyconą płytą było CultureClash i po przesłuchaniu z 50 pozycji zostało jako jedyne zakupione. Byłem przekonany, że to jakaś zupełna nowość, która zaraz wylądowałaby w kategorii "outernational" (mały szacun za wprowadzenie tego jako działu). Dopiero jak wczytałem się we wkładkę, to dowiedziałem się, że to rzeczy nagrane 25 lat temu i wtedy niewydane. Jak często ostatnio - stara muzyka to najbardziej nowa muzyka. Z wizytacji w pamięć zapadł też Alix Perez z "Ghosts EP", Maria Teresa Luciani, Renick Bell i Zuli z UIQ, Mary Afi Usuah, "Escape" Sully'ego. 

Za każdym razem cykam kilka zdjęć tamtejszej klatki schodowej, dla potomności rzecz jasna.

Najfajniejszym wynikiem wybrania się na koncert Petera Cusacka, Maxa Eastleya i Christiny Kubisch było poznanie tej książki. Nie można było jej kupić, jak zresztą również wystawionych płyt i przecież nad wyraz słusznie, bo tego dnia na sprzedaż były publikacje kończącego swoją rezydencję DAAD Cusacka, więc to na nich należało się skupić. Udało się wejść, gdy Cusack kończył swoje wystąpienie, tzn. mówienie i puszczanie dźwięków. Akurat prezentował najciekawszy dźwięk, jaki usłyszał w Berlinie, czyli rzężenie diabelskiego młyna za Treptower Park (on zwykle działa? uruchomili go na specjalne życzenie?). Potem było zabawnie o podwórkach i bliskości dźwiękowej sąsiadów. A potem już mniej, bo Cusack stworzył "artwork, or at least I call it like that" czyli pokaz slajdów z kolażem dźwięków. Dla każdej rzeczy da się zapewne znaleźć jakiś użytek, więc zamiast się znęcać - polecam to uwadze magazynu "Zwykłe Życie", gdyby chcieli iść w multimedialny kontent. Koncert tria niestety nie był wiele lepszy, na pewno tym mocniej mi się tak wydało, bo bardzo nastawiałem się na Kubisch i Eastlaya, których nigdy nie słyszałem na żywo. Ten drugi nie przywiózł niestety żadnych swoich rzeźb kinetycznych, tylko monochord trochę jak elektryczny kontrabas i grał na nim dron. A przynajmniej próbował dopóki ręką mu się nie zsuwała. Kubisch miała swój zestaw laptopów (nawet jeden nie Mac) i słuchawek (mikrofonów zbierających pole elektromagnetyczne?). Być może to tak naprawdę miało być, ale często brzmiało jakby jakiś kabel się poluzowywał i brumiał. Cusack do połowy grał na gitarze, co było nawet do zniesienia, potem zajął się jakimś multiefektem (tak?) na tablecie, który przetwarzał szemrzącą elektronikę, więc brzmiał w pół drogi pomiędzy swoimi partnerami. Zaczynałem już wydrapywać sobie w ścianie drogę ucieczki, bo drzwiami nie dało się wyjść, ale na szczęście skończyło się to, zanim nakryli mnie strażnicy. Ale serio, kolejny po Sokołowsku przypadek tego uczucia, kiedy słuchasz dawnych mistrzów i masz trochę gulę w gardle bo okazuje się, że nie każdy wie, kiedy ze sceny zejść niepokonanym. 

Po czymś takim tylko falafel. Sprawdzony, na Skalitzer, z czarno-pomarańczowym szyldem. Dawno temu uznany za najlepszego podczas obrad jury złożonego ze mnie, więc jeśli ktosia ma inne kandydatury, to czekam. 

Wiadomo, ale dobrze sobie przypomnieć, zwłaszcza z witryny baru. 

Widok z okna oglądany w roztargnieniu. Po pierwszym dniu Eavesdrop Festival, który był klawym miszungiem przypominania sobie dawnych znajomych i poznawania nowych. Pierwsza od dawna wizyta w Ausland, Golden Diskó Ship, którą słyszałem 8 lat temu, a która teraz przeciążyła mi system zbytnim dopchaniem niskiego pasma. JD Zazie, którą szczerze mówiąc słabo pamiętam sprzed...5 czy 6 lat, kiedy "supportowała" Trophies. Teraz też jakoś mi nie zapadła, czy jak to mówi młodzież - nie siadła. Z tego co zrozumiałem miała grać sety-przerywniki w tle, ale gdy wszedłem, to ona już się rozkręciła, ludzie siedzieli w skupieniu, nie gadali. Może nie było tej instalacji, która miała otwierać wieczór? Jak dla mnie grała za długo, zwłaszcza, że mogła mieć na uwadze, że był to pierwszy występ z serii (a w dodatku miała też jeszcze potem się produkować). Do tego używała efektów z miksera didżejskiego o bardzo charakterystycznym brzmieniu, co po pewnym czasie nużyło.
Potem zagrała Martyna Poznańska i zrobiła to bardzo dobrze. W przeciwieństwie do JD, która przemieszczała się od fragmentu do fragmentu bez wyraźnego celu i sensu, tutaj cały czas miałem poczucie samonapędzającego się ruchu, nie pospiesznego, dającego sobie i nam czas, nieustępliwego. Coś nadciągało sunąc na dronie, który mimo, że uformowany i uchwytny, to jednak ciągle przepoczwarzający się i wylewający z koryta. Do tego nie za długo i nie za głośno.
Po Ship Jessica Ekomane sprytnie wykorzystująca cztery głośniki (czyżby w każdym kanale inny sygnał?), też prąca naprzód, ale inaczej. Przede wszystkim szybciej, opierając się na bitach, czasem kojarzyło się to z COH, ale nie było tak cyfrowo-słodko. 

Nie czytałem, ale oceniając po okładce - polecam. 

10/17/2012

Tricoli, Mathieu, Lescalleet w Auslandzie, 11.10.2012


Tricoliego słyszałem już kilka razy, więc nie oczekiwałem zaskoczeń. Zaczął bez zbędnych wstępów i wprowadzeń - od razu mocno, z początku dźwiękami kojarzącymi się z fajerwerkami, szybko osiągając głośny, "nieładny", chaos. Przez jakiś czas dominowały odgłosy uderzeń albo spadających przedmiotów, z pogłosem. Potem nastąpiła najlepsza część, wręcz nastrojowa: głosy nawołujące się w jaskini, krzyki mew, nawarstwiające się, potęgujące. Takie pójście w klimat o wiele bardziej mi odpowiadało niż poprzedzające to rozwiązania siłowe. Całość trwała około 15-20 minut.


Wcześniej zastanawiałem się, jaki będzie układ wieczoru i gdy rozpoczął Tricoli, to pomyślałem, że idea jest taka, aby bardziej agresywne występy przedzielił Stephan Mathieu. Ale co ja tak naprawdę wiem o jego muzyce? Ostatnią rzeczą, którą słyszałem był chyba Radioland, więc na pewno nie jestem na bieżąco. W Auslandzie zagrał kompozycję Tashiego Wady (w wersji "podróżnej" - jedna warstwa była puszczona z laptopa). To mnie zaskoczyło zupełnie - było mocno, zdecydowanie, w dobrym sensie twardo. Bez międlenia i rozwadniania, które jakoś (niesłusznie?) kojarzyłem z działalnością Mathieu. A tutaj sam konkret, spójność. Może nawet zbyt pospieszne zwinięcie dźwięków na koniec, wobec pewnego rozmachu kompozycji. Choć może lepiej tak, niż przesadzić i to pół godziny było akurat.


Jasona Lescalleeta trudno określić jako gwiazdę całego wydarzenia, ale dla mnie był na pewno największą atrakcją (nie sądziłem, że będę miał kiedyś szansę zobaczyć go na żywo). Co dziwne, trochę osób wyszło przed jego występem. Jeszcze więcej w trakcie, bo rzecz rozwinęła się na prawie godzinę. Zaczęło się bez zapowiedzi od ledwo słyszalnego, skradającego się szmeru. Po czym nagle pojawiły się pyknięcia spowodowane przez migającą lampkę, a zaraz silne walnięcia, które chyba nie były przewidziane. Lescalleet je jednak przyjął, zgłośnił i zaczął nimi manipulować (pitchując) oraz rytmizować, chociaż nie w zupełnie oczywisty sposób. Stopniowo dokładał wokół nich brud, wypełniał wolną przestrzeń.


Nastąpiło wyraźnie zaplanowane przejście do następnej części: najpierw cichej, zbudowanej z drobiazgów, potem skontrastowanych stonowanymi basowymi tąpnięciami, które przez swoją nierównomierność wprowadzały niepokój. Nie były one głośne, jednak z czasem powodowały rezonowanie różnych elementów pomieszczenia i miałem wrażenie, że Lescalleet świadomie tym grał.


Wydaje się, że całość wzbiera i narasta wyraźnie z myślą o wielkim finale, ale jednak nie. Dotychczasowe dźwięki schodzą na dalszy plan, a pojawia się (chyba) nagranie terenowe dzwonów, w którym słychać sporo otoczenia i też może jakieś pasmo dograne?


Ale to też nie był koniec, z oddali słychać już rozciągnięte uderzenia, które okazały się tym, co podejrzewałem - spowolnionymi bitami. Piosenka stopniowo jest coraz głośniej i przyspiesza, ale jest jeszcze poniżej "normalnej" szybkości, gdy Lescalleet wznosi toast piwem sugerując, że to by było na tyle.


Lescalleet grał używając dwóch dużych magnetofonów szpulowych, dwóch małych, dwóch Casio SK-1, dyktafonów i laptopa.


3/28/2011

CoCArt Music Festival 2011

Nie cały, tylko drugi dzień. Idealnie oczywiście byłoby stawić się w oba dni, ale nie mogłem wybierać, a i tak drugi dzień jak dla mnie ciekawszy.

Zaczęło się od przywitania przez organizatorów, które wywołało we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, fajnie że zwrócili uwagę publiczności, że niektóre koncerty wymagają ciszy i skupienia, więc jeżeli ktoś chce gadać, to może wyjść, żeby nie przeszkadzać. Z drugiej strony, mniej fajnie że zwrócili uwagę Gazecie Wyborczej, że nie napisała nic o festiwalu. Ja rozumiem, że GW jako patron medialny powinna to zrobić, ale takie otwarte wyrzekanie jest bezcelowe i nieco śmieszne.

Mniejsza z tym, przejdźmy do koncertów. Część publiczności chyba nie odnotowała faktu, że drugi dzień zaczynał się o 18 i dobijała na miejsce raczej w okolicach 20. Można powiedzieć, że mieli połowiczne szczęście, bo ominęli dobry koncert Komory A i słaby Nemezis.



Komora A wytworzyła bardzo gęsty i spójny blok dźwięku, który zaczął się i skończył nagle, bez wstępu i wygaszenia, jakbyśmy przypadkiem złapali jakąś trwającą już transmisję i równie niespodziewanie ją zgubili. Zaczęło się niezbyt głośno, od skwierczącego szumu, który długo pozostawał podstawowym elementem. Ogólnie, nie było w tym secie gwałtownych zmian, chociaż zdarzały się wtręty, których nic nie zapowiadało: zacinane sample głosów (pewnie od Wolframa), pojedyncze "elektryczne" głośniejsze uderzenia. Powoli poziom dźwięku narastał, wrażenie opresyjności dopełnił mocarny basowy pomruk.





Nemezis grało wykorzystując w niektórych utworach mający się dopiero ukazać materiał z projektu z Pawłem Mykietynem. Znów mógłbym się przyczepić do zapowiedzi, gdzie ten 40-latek został określony mianem "kompozytora młodego pokolenia", co przypomina podobne, kuriozalne, bo długo stosowane, opisy Olgi Tokarczuk.

Mniejsza z tym, przejdźmy do koncertu. Który był niezbyt dobry. Przez kilka pierwszych utworów zespół starał się nam wmówić, że działalność Ninja Tune z drugiej połowy lat 90. nie miała miejsca i oni muszą dopiero stworzyć to wszystko. Niestety, u mnie amnezja kulturowa nie przebiega tak szybko i nie byłem zainteresowany słuchaniem naśladownictwa tego, co we wspomnianym okresie zrobiła, dajmy na to, Neotropic. Potem były jakieś smyczki, trochę spokojniej (bez rytmów) i mroczniej, ale też jakoś nieprzekonująco. Nie dotrwałem do końca, wyszedłem na górę się ogrzać.





Podziemny parking toruńskiego CSW całkiem sensownie funkcjonuje jako przestrzeń dla tego festiwalu, ale ma jeden minus - jest tam zimno. Szkoda, że nikt nie podjęto choćby próby ogrzania tej przestrzeni. Wiecie, są takie grzejniko-lampy gazowe, nie wiem, jak to się nazywa, ale do takiego czegoś można podejść choćby na chwilę, żeby rozgrzać dłonie i stopy.



Mniejsza z tym, przejdźmy do kolejnych koncertów. Następnie duet Ove Volquartza i Ray'a Kaczynskiego, który był przyjemnym zaskoczeniem i dowodem, że CoCArt jest festiwalem poszukującym w różnych rejonach, nie zakopanym w ciasnym grajdołku. Volquartz grał na klarnecie kontrabasowym i flecie, Kaczynski na skonstruowanych przez siebie instrumentach perkusyjnych i trochę na elektronice. Najbliższym skojarzeniem byłby Pierre Bastien, ale to bardziej brzmienie, niż forma, bo duet bardzo rzadko korzystał z powtarzania elementów, tak charakterystycznej dla Francuza "loopowatości", być może ze względu na to, że była to zupełna improwizacja.

Volquartz operował gdzieś w rejonach abstrakcji Anthony'ego Braxtona, Kaczynski momentami zbyt szarżował w swoim perkusyjnym zapamiętaniu i agresywności. Chociaż te mocniejsze jego wejścia ciekawie przełamywały delikatność i ulotność muzyki.

Druga część, w której Volquartz grał głównie na flecie, mogła uchodzić za wariacje, bardzo swobodne, na temat muzyki jawajskiej. Jako całość, występ był trochę za długi i pod koniec nieco mnie nudził, bo miałem wrażenie wykorzystywania ciągle tych samych środków, ale i tak pozostawił pozytywne, odświeżające, wrażenie.



Następny był Dave Phillips i ja, choć wiedziałem, czego się spodziewać, to jednak z ciekawością wyczekiwałem jego występu. Wiedziałem, że skoro poprzedniego dnia zaprezentował swoje nagrania terenowe, to dziś przedstawi swoje stanowisko w sprawie stosunku ludzi do zwierząt. Mówiąc eufemistycznie...Dobrze pamiętałem jego występ podczas MGF 2007, który był szeroko dyskutowany, tym razem więc odpadał dla mnie element zaskoczenia, a ponieważ wtedy nie doszedłem do wiążących wniosków "czy można? czy należy? czy powinno się?", to teraz postanowiłem skupić się na dźwiękach.

Nie jestem pewien, ale toruński występ był chyba krótszy niż ten w Szczecinie, a może tylko tak mi się wydawało. Na pewno podczas MGF było więcej ciszy i uważnego aplikowania wokalnych ciosów. Tutaj prawie od razu zostaliśmy przytłoczeni dźwiękową masą zapętlonych oddechów, krzyków, wyć, pisków. Potem w tle przewijały się sample syren i jakby niskie wybrzmienia fortepianu.


A teraz coś z zupełnie innej beczki: Asmus Tietchens, w kontraście: bez projekcji, bez przekazu, bez ruchu. Siedzący za odtwarzaczami, z których wypuszczał przygotowane partie na bieżąco je ze sobą mieszając. Rozmawiając po tym koncercie, odnotowaliśmy z Hubertem podobne reakcje, tzn. senność. Choć nie mieliśmy pewności, czy jest ona wynikiem dźwięków, czy zmęczenia. Jednak dla mnie nie było to coś, co źle świadczyłoby o muzyce, nie równało się znudzeniu, a raczej oznaczałoby jej skuteczność. Tietchens tworzy muzykę wręcz prowokacyjnie nieefektowną, pozbawioną emocji, czasami nieatrakcyjną, jeśli brać pod uwagę używane brzmienia, które są "szare", syntetyczne i generalnie jednorodne. Nie napiszę więc, że mi się podobało, ale tak - byłem usatysfakcjonowany.



Na Philippe'a Petit czekałem zaintrygowany jego albumem z Lydią Lunch, Twist of Fate. Niestety Francuz zgadał się ze swoimi znajomymi z Post Abortion Stress, którzy dołączyli do niego w trakcie występu. Najpierw jednak pojawił się (w koszulce Big Black) sam za gramofonami, dwójka członków PAS dołączyła do niego po około 10 minutach.

Wtedy Petit skoncentrował się z instrumencie przypominającym zither, na którym grał smyczkiem. Była w tym jakaś ujmująca ludyczność, jednak długie eksplorowanie tych samych motywów było nieco męczące. Posługując się gramofonami Petit też wkłada w grę wiele energii i zajmujące było już samo patrzenie na niego.

Nie stosował skreczy, czasem przyspieszone przesuwanie płyty ręką, ale by uzyskać ciągły dźwięk, używał gramofonów także perkusyjnie, uderzając ręką - wybijając rytmy na płytach, a występ zakończył uderzeniem "z bani".

Starałem się koncentrować na nim i jego wkładzie, bo reszta niezbyt mi się podobała, pan z PAS zapętlał swoje wokale, pani głównie grała na gitarze czy może basie (własnej konstrukcji?), nie wiem do końca, jakie dźwięki tworzyła, ale razem zrobiła się z tego monotonna magma, w której roztopiła się drapieżność tego, co grał Petit.




Na koniec O/R, czyli Raymond Salvatore Harmon i Todd Carter. Czyli połączenie analogowego tworzenia wizualizacji opartego na sprzężeniach z elektronicznymi dźwiękami i samplami z Sun Ra z laptopa. Samplami mówienia, a nie muzyki. Długie oczekiwanie i zmęczenie sprawiły pewnie, że nie byłem zbyt dobrze nastawiony do tego występu, który nie był w stanie niczym się obronić przed moim (niesprawiedliwym zapewne) podejściem. Problemy sprzętowe Cartera zupełnie pogrążyły sprawę.

[CoCArt będzie tematem najbliższej Audiosfery, w której porozmawiamy o festiwalu z Hubertem Wińczykiem, a także posłuchamy fragmentów koncertów]