Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hautzinger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hautzinger. Pokaż wszystkie posty

8/09/2017

Bertrand Gauguet / Franz Hautzinger / Thomas Lehn - Close Up

Uważni czytelnicy Diapazonu być może kojarzą trębacza Franza Hautzingera z recenzowanych tutaj kiedyś albumów: solowego "Gomberg II" albo duetów z Manon-Liu Winter czy Mazenem Kerbajem. Na niedawno wydanym przez Monotype krążku otrzymujemy trzy długie fragmenty zarejestrowane podczas dwóch jego spotkań z Thomasem Lehnem i Bertrandem Gauguetem w styczniu 2007 i lutym 2008. 


Lehn, grający na syntezatorze analogowym, przez liczne projekty i nagrania dał się poznać słuchaczom muzyki improwizowanej. Przy parze swoich towarzyszy Gauguet, francuski saksofonista (sopran i alt), jawi się jako postać cokolwiek tajemnicza "Close Up" to dopiero drugi album z udziałem tego instrumentalisty, koncertowo aktywnego od dziesięciu lat. Często występuje m.in. z Frédériciem Blondy'm, Pascalem Battusem, Martine Altenburger i Michelem Donedą. To ostatnie nazwisko może być pewnym znakiem orientacyjnym, bo choć nie ma mowy o kopiowaniu, to Gauguet prezentuje podobne podejście do saksofonu.
Słuchanie tych utworów (opisanych jako skomponowane przez całą trójkę) jest trochę jak wizyta w wesołym miasteczku. Dlatego też, żeby doświadczyć wszystkiego, co mają do zaoferowania, należy dać się im ponieść, rzucić w wir, a nie narzekać, że ojej, jak wysoko, że ach, za szybko. Być może zawroty głowy i przyspieszone bicie serca, ale także wiele zadziwiających dźwięków w ekscytujących zestawieniach będzie danych tym, którzy posłuchają tego albumu. Że park rozrywki, do którego wchodzimy jest raczej nietypowy przekonujemy się już zaraz w pierwszych minutach. Być może został on wybudowany na pozostałościach fabryki, bo równolegle do rollercoastera biegnie taśma montażowa. Produkcja, jaka na niej się odbywa nie spełnia żadnych norm, a jej efekty kwestionują użyteczność i niepokoją wyglądem. Oto bowiem metaliczna konstrukcja złożona z wielu wchodzących w siebie, poskręcanych rur, które w kilku miejscach mają wibrujące silniczki, tak że całość drga, a elementy coraz silniej zagnieżdżają się w sobie.

Ta muzyka jest bardzo giętka i gęsta, sprężysta i zawiesista, najbardziej w pierwszej odsłonie. Po niej druga może nawet jawić się jako pewnego rodzaju wytchnienie, choć masywne drony przy początku sugerują, że raczej złowroga atmosfera zostanie utrzymana. Ta część podczas trwania również okazuje się ruchliwa, ale na swój sposób, nadal mechaniczny, ale z udziałem czegoś organicznego. Może dobrą analogią byłoby rozcieranie przypraw w moździerzu. Natomiast ostatnia partia, zajmująca prawie połowę płyty, to mozolne, pracochłonne i powolne odwierty, pojawiająca się późno trąbka z pogłosem zdaje się sugerować, że pokłady jakiś bogactw naturalnych zostały osiągnięte. Ten utwór zaskakuje też wyraźnie rytmicznymi fragmentami (lepiej zamaskowane pojawiały się też w pierwszym), trudno tu mówić o bitach, ale zastanawiałem się, czy trio nie przymierza się do coverowania Plastikmana, a nieco dalej, czy mogli inspirować się COHem.
Lekko nie będzie, ale warto, bo to jedna z najlepszych tegorocznych płyt.

[recenzja opublikowana pierwotnie na diapazon.pl]

Przyczajony warkot, ukryty funk (Trzaska&Hautzinger&Friis&Jorgensen, Jazzga, 04.09.2007)

Tym razem nie będę utyskiwać na to, że koncert się spóźnił, gdyż ja również, więc bardziej bym się martwił, gdyby zaczął się wcześniej.
Klub pełen ludzi, taki widok cieszy, ale może w którymś momencie należało przerwać dopływ publiczności? Podczas pierwszego setu było naprawdę trudno się poruszać, stałem w ścisku, w przerwie trochę się zluzowało.

Być może taką frekwencję należy przypisać magii nazwiska Trzaski, może niewygórowanej cenie biletów, a może temu, że koncert należał do programu Festiwalu Dialogu Czterech Kultur. To krzepiące, że pierwszemu spotkaniu Franza Hautzingera z triem Trzaska / Friis Nielsen / Jørgensen chciało przysłuchiwać się tyle osób. Część postanowiła oczywiście pogadać ze znajomymi, ci jednak w większości ulokowali się w pobliżu baru. Równie niewielką część stanowiły osoby, które w przerwie opuściły lokal. W przelocie słyszałem głosy w rodzaju „myślałem, że to będzie coś bardziej swingującego”.

I chociaż faktycznie swingu w tym nie było, to muzyka kipiała energią. Przede wszystkim nie stało się to, czego po cichu się obawiałem – zaproszenie Hautzingera nie służyło tylko ubarwieniu gry tria, dołączeniu kolejnego elementu do ich muzyki. Świetnym przykładem był pierwszy kawałek w drugim secie, jako pojedynczy utwór chyba najlepszy fragment koncertu. Zaczęło się od zjazdu, głośnego grania masą całej czwórki, jak gdyby muzycy podjęli wątek urwany przed przerwą. Dźwięki wyszły na prostą, już zdawało się, że trio będzie grało swoje, a trębacz po chwili spokojnie wszedł z niskimi szurami, jakby fragmentami dronów, które dozował, jakby chciał zakłócić pracę sprawnie kręcących się trybików. Udało mu się, Jørgensen zaczyna delikatnie akcentować na 4/4, kawałki szumów punktuje bas, gra Trzaski nie staje się mniej energetyczna, ale zostaje wchłonięta przez inne dźwięki, perkusja zarzuca punkowym wręcz patentem – genialnie.

Na ten koncert wybrałem się ze względu na Hautzingera i wyszedłem zachwycony. Może gdybym widział go po raz czwarty w tym roku (tak, jak w przypadku Trzaski) nie odebrałbym go aż tak pozytywnie. Ale słyszałem go na żywo dopiero drugi raz i to, co robił wywarło na mnie olbrzymie wrażenie. Cały arsenał szumów, odprysków, stukotów (wpadających w małe układy rytmiczne), szurnięć, do tego dochodzi ich nasycenie, co w połączeniu z suchością brzmienia daje niesamowity efekt. Po Austriaku widać opanowanie, precyzję, absolutną kontrolę, która nie przeszkadza jego kreatywności, nawet gdy gra spokojniej, warkot bądź ryk silnika cały czas wyglądają zza rogu. I jeszcze kilka dodatkowych zagrywek, takich jak coś w rodzaju małpiego łałała, które można usłyszeć w zoo, z nałożonym reverbem oraz momenty niczym śpiew gardłowy. Hautzinger grał też „normalne” dźwięki i robił to z równym oddaniem. Może nie najlepszym pomysłem były unisona z Trzaską, gdyż ciekawiej było gdy oba instrumenty się sobie przeciwstawiały, ale tych pierwszych było znacznie mniej niż drugich.

Raper Elemer prosił kiedyś bodajże o „trochę funku bez kantów”, ten kwartet pewnie by go nie zadowolił. Muzycy w tych mniej wymyślnych, co nie znaczy – gorszych, momentach łapali połamaną, wykręconą pulsację, która miała coś funkowego. Jakieś odległe, mgliste skojarzenia z popsutymi, rozpadającymi się rytmami z „Con Gas” Baaba. Bardzo podobało mi się też, że nachodzenie brzmień instrumentów na siebie nie było wynikiem zabawy w udawanie kogo innego, tylko wychodziło naturalnie. Miejscowe uderzenia powietrza z trąbki często zachodziły na grę basu, tak że miałem problem z powiedzeniem, kto jest odpowiedzialny za jaki dźwięk. Zwłaszcza gdy Friis Nielsen rezygnował z ustawicznych jazd w górę i w dół swego basu. Równie ciekawe było przenikanie się perkusji z trąbką, oprócz oczywistych zagrywek szumowych (np. pocieranie talerzy), wspominane mikro-rytmy idealnie mieściły się pomiędzy dźwiękami perkusji.


Kwartet zagrał osiem utworów plus bis, czytałem, że podstawą do improwizacji były kompozycje muzyków, na scenie obchodzili się oni bez nut. Pełniący rolę zapowiadacza Trzaska nie dał żadnych informacji, poza przedstawieniem zespołu, więc trudno powiedzieć, jak to wygląda z tym bazowym materiałem. Mniejsza o to, najważniejsze, że czterech świetnych muzyków spotkało się, grali ze sobą z uszami szeroko otwartymi i stworzyli kawał interesującej muzyki. Mam nadzieję, że na jednym koncercie się nie skończy.  

[relacja pierwotnie opublikowana na emd.pl/wiki]

9/09/2011

Ostrava Days Festival 2011 (cz. I)

Posłałem relację i po chwili chwyciłem się (metaforycznie) za głowę: przecież Radulescu! Jak mogłem o nim nie wspomnieć? Bo nie wspomnieć w relacji musiałem, z braku miejsca, o wielu utworach, ale Radulescu był jednym z najmocniejszych punktów festiwalu. Do tego jeszcze dojdziemy, ale za trochę, bo poniższy zbiór notatek musi być choć nieco uporządkowany, więc organizuje się wokół chronologii.

Spóźniłem się na "event" w Kopalni "Michał", co oznaczało, że ominęła mnie koncerto-instalacja Cecilii López, której byłem ciekaw, po czytaniu o niej. Za to dotarłem w sam raz na Harlekina (1975) Stockhausena. Teatr muzyczny? Dziękuję - postoję. Na zewnątrz.
Nawet w tych notatkach nie wszystko musi być uwzględnione, np. występ Daniela Ploegera. Naprawdę, to nie było *szokujące*, to było nudne. Potem najlepsze tego wieczoru: Ursonte (1927-31) Schwittersa wykonane przez Salome Kammer. Słyszałem to już wcześniej na żywo (Jaap Blonk), ale tym razem zwróciło moją uwagę wydobycie i podkreślenie elementów rytmicznych, odrobina teatralności (a'la przemawiający polityk?) nie przeszkadzała.
Następnie John Eckhardt na basie i laptopie (sample wybrzmień fortepianu?), dronowo, ale bez nudy bo nie za długo.

Następny dzień to maraton elektroniczny. Pomysł jest nieco poroniony, bo nikt nie wytrzyma 10 godzin koncertów, zwłaszcza często dość do siebie podobnych (ujmując je ogólnikowo), ale zawsze można wyjść zaraz obok na piwo/na ławkę. Generalnie średnia jakości była raczej niska, szczególnie zaniżyli Romano Krzych, Thomas Buckner i Radio Royal. W średniej utrzymali się Franz Hautzinger (trąbka) i Mattija Schellander (syntezator - dużo niskich), Andrea Neumann (inside piano, mikser) i Ivan Palacký (maszyna do szycia), którzy grali za długo, a mieli moment żeby skończyć, lepiej było, jak głośniej i więcej się działo, co trochę niespodziewane, ale przy redukcji to zbytnia pustka i brak pomysłu, może też trochę wina hałasów zza okna. Ciekawie zaczął Michal Rataj (laptop i jakiś system do rysowania dźwięków): proste ciche dźwięki, osobne, drobnica (trochę kojarzące się z Trzewiczkiem), potem niestety za dużo rzeczy naraz. Zdecydowanie powyżej średniej wstrzelił się ze swoim krótkim występem Robert Piotrowicz, który (może ze względu właśnie na czas) był bardzo jednolity, bez zerwań, z mocarnym, wręcz wzniosłym (te organowe barwy) finałem.

Jednak to były przygrywki, oficjalnie festiwal zaczął się w niedzielę (pod tymi linkami zawsze dokładny rozkład jazdy oraz skład osobowy, żebym tu nie musiał już tego przepisywać). Przypomniałem sobie swoją relację i poprzednio koncert inauguracyjny też był przeładowany perkusyjnie. Może to taka metoda? Lepszym pomysłem jest umieszczanie w programie Feldmana, który uratował cały koncert. Fatalne było Wer sind diese Kinder (2009) Rolfa Riehma - walenie w bębny, “pierwotne”, ciekawie mocne (chwilami aż potężne), gęste dęte, ale ciągle powtarzane i urywane bez sensu, no i ten głos nagrany (puszczany "z taśmy" z szumami rozkręconego gaina), powrzucany na chybił-trafił, wprowadzający dodatkowe zamieszanie, a nie jak życzyłby sobie autor "kolejną warstwę znaczeniową".
Ale ten utwór przynajmniej był jakiś, nie to co Fragment (1998) Kotika, gdzie nawet nie było czegoś konkretnego, czego mógłbym się złapać i stwierdzić, że dlatego mi się kompozycja nie podoba, na początku nie odpowiadało mi zagęszczenie, dużo różnych rzeczy (oczywiście perkusyjne mocne), ale gdy w drugiej części nastąpiło rozrzedzenie, uspokojenie, to wcale nie było lepiej. Ciekawe, czy to ten sam Fragment co dwa lata temu?
Następnie potworek Lucii Vitkovej: przestrach od pierwszego wejrzenia, bo na scenie stoi perkusja, której, naturalnie, zaraz pierwsze uderzenie; dobre smyczki, słychać, że to utwór akordeonistki - może szkoda, że nie solo? Cała paleta brzmień, trochę ostrych, trochę folkowych. Ta partia improwizowana na koniec taka z wykopem przekonuje, że jednak nie szkoda, że to nie solowy popis. Do tego nierozwiązana kwestia, czy ona tak zupełnie panowała nad instrumentem?
Na zakończenie triumfalny powrót Salome Kammer, która namówiła Carolę Bauckholt do napisania Emil will nicht schlafen (2009/2010) i tak naprawdę skupiła na sobie całą moją uwagę, a dokładniej nawet nie ona, co sposób jej nagłośnienia, jakiś mikrofon dookólny na plecach? Zbierał nie tylko głos/poboczne dźwięki wokalne, ale też pocieranie płytkami o siebie (pisk). Utwór spójny, sensowny, zaakceptowałem, choć nie moja bajka, bo znów teatr muzyczny.

Poniedziałek, koncert popołudniowy. Ponownie Bauckholt - obiecujący początek, trochę chropowato, jakby ugrzecznione transkrypcje z Volapuk, ale dużo kombinowania: styropian, woda, piłeczka, muzycy oprócz grania świszczą, dmuchają. W środku sublimacja i czysty, wysoki flet, potem osadzający wszystko fortepian. Roman Berger - niezrozumiałe dla mnie podzielenie na segmenty (ale przynajmniej konsekwentnie za tym rozstawienie muzyków w przestrzeni), organy łączyły się z resztą instrumentów jedynie chwilowo i w banalny sposób, przez imitację. Z całości pozostał posmak płytkiego smutku smyczków. Cinzia Nistico - miłe zaskoczenie, miałem potem przyjemność porozmawiać z kompozytorką i chociaż ona odżegnywała się od bezpośrednich inspiracji Salvatore Sciarrino, to ja będę obstawał przy swoim. Szczególnie szmerowy początek usprawiedliwiał to skojarzenie, ale też w ogóle wrażliwość na dźwięk jako taki i na detal. Smyczki z kolei przypominały nieco Ivana Fedele, były też wyraźne spiętrzenia i ładne ich rozejścia. David Bremner - oj nie, bez sensu nawrzucane, jakieś kapryśne figurki, tak od niechcenia ułożone. Na zakończenie Philippe Hurel i było świetnie, z wyrafinowaną ostrością, ale to zakrawa na zbrodnię, że dostaliśmy tylko pierwszą część utworu, co jeszcze by uszło na otwarcie koncertu.
Koncert wieczorny, po którego zakończeniu pomyślałem, że może konceptem na całość była groteskowość, co jakoś mogłoby to wszystko tłumaczyć. Nie przypadła mi do gustu muzyka wyczynowa Martina Smolki, choć zrozumiałem sens, gdy dowiedziałem się, jaki był zamysł tej kompozycji. Nie znałem zupełnie twórczości Kurta Schwertsika, ale bardzo spodobało mi się salotto romano (1961), mimo że zaczęło się od tupnięcia (cóż, takie czasy). Ale zachwyciły mnie pociągłe smyczki, powtarzane spokojnie, ale dobitnie, które sugerowały, że nie jest to nawet pastisz muzyki salonowej (wspomnianej w podtytule), ile raczej requiem dla niej. Z rozmów wiem, że utwór Ligetiego spotkał się z ciepłym przyjęciem, ale ja w nim nie uczestniczyłem. Chociaż szanuję, doceniam i w ogóle, i to podczas końcówki tej kompozycji przyszła mi na myśl groteska. Ale chyba nie pasowało mi w niej, to co ktoś określił jako "kokieteria".

Wtorek, kolejny maraton. Fajny pomysł na koncert złożony z utworów kompozytorów, którzy kiedyś brali udział w Ostrava Days Institute. W utworze Carolyn Chen cały czas panuje atmosfera, że coś nadciąga, perkusyjne są dość wyraziste, ich nagromadzenia nie rozwiązują napiętej sytuacji, ciekawe zgrzyty smyczków, jakiś upór i brzemienność całości. Niestety pod koniec wkrada się estetyka muzyki filmowej, choć z większą dozą sympatii można by dopuścić porównanie do Gavina Bryarsa. Utwór Katherine Soper udanie parł do przodu, ale nie pędził, był ciekawy rytmicznie, melodycznie mniej. Potem dwie kompozycje grał Rhodri Davies i bardziej niż one same zapadł mi w pamięci absurdalny widok samotnego muzyka w wielkiej, rzęsiście oświetlonej sali. Dźwiękowo utwór Jamesa Saundersa też się w tej przestrzeni zagubił.
Drugi koncert to powrót Daviesa na niemal mini-recital i trzy kompozycje napisane specjalnie dla niego. U Wolffa miał dowolność, co do niektórych parametrów dźwięku, pojawiły się fragmenty nieco jakby barokowe (?) ale też poniekąd "dodekafoniczne" z nagłymi zatrzymaniami wybrzmień. U Yasunao Tone było nieco bardziej skomplikowanie, bo partytura składała się z japońskich ideogramów oraz zbioru strzałek - wskazówek. Zawierała też sugestię, że można elektronicznie dźwięk harfy przetwarzać, z czego Davies skorzystał przypinając mikrofon kontaktowy i doprowadzając do delikatnych sprzężeń. Oprócz tego spreparował instrument przedmiotami (korki, kawałki metalu), które nie tylko zmieniły jej brzmienie, ale i same dźwięczały rezonując. Publiczność tego dnia była jakaś hałaśliwa, jakiś dziennikarz koło mnie na bieżąco czynił notatki szurając ołówkiem, światła za muzykiem migotało - więc zamknąłem oczy, co pozwoliło mi lepiej wejść w ten zaskakująco dobry utwór. U Sam Park było zbyt przyjemnie, z repetycjami-wypełniaczami i nic nie wnoszącymi glissandami, ale też kilka mocnych akordów, które swobodnie wybrzmiewały. Kompozycja Petra Bakli zaczęła się zbyt prosto i mocno, ale potem się trochę rozmyło i nawet mnie poniosło. Z Jeney'a zapamiętałem tylko stonowany wibrafon, który był jak zjawa.
O The Tiger's Mind (1967) Corneliusa Cardew można by napisać osobny wpis, ale o jego wykonaniu w Ostrawie już niekoniecznie. Co nie znaczy, że było ono złe, muzycznie miało swoje momenty i uszło jako całość, ale wydaje mi się, że nie było tak przemyślane, jak być powinno. Ale należy mieć nadzieję, że dzięki temu ktoś zainteresuje się tą partyturą lub postacią Cardew.

(cdn)

8/17/2009

Musica Genera Festival 2009

Ósma edycja festiwalu prowadzonego przez Annę Zaradny i Roberta Piotrowicza przyniosła zmianę nie tylko czasu (z tradycyjnego końca maja o miesiąc), ale także miejsca akcji (zamiast Szczecina - stolica). Stali bywalcy twierdzili (często pół-żartem), że w Warszawie to już nie to samo, co w mieście narodzin tej imprezy i może mieli trochę racji. Jednak z drugiej strony przenosiny przyniosły korzyści, które mogą być kluczowe dla ciągłego rozwijania MGF (który w tym roku zmienił podtytuł): liczniejsza publiczność, większe przestrzenie (i więcej ich) do dyspozycji, współpraca z Muzeum Sztuki Nowoczesnej, co pozwoliło festiwalowi rozszerzyć część instalacyjną.
Jako pewne zrównoważenie rewolucyjnych zmian można potraktować fakt, że wielu z artystów biorących udział w tej edycji, gościło już kiedyś na MGF (Franz Hautzinger, Jérôme Noetinger, Marcus Schmickler). Choć w większości zaprezentowali się oni teraz w nowych kontekstach, czego przykładem byli Robin Fox, John Hegre, Gert-Jan Prins, Lionel Marchetti, Norbert Möslang.

Fox, Australijczyk zajmujący się elektroniką, w 2006 roku wystąpił w duetach z Anthony'm Paterasem i Lasse Marhaugiem, a teraz przybył ze swoim laserowym show, które było doskonałym odzwierciedleniem hasła "huczne otwarcie". Duża sala Teatru Dramatycznego była całkowicie zaciemniona i wypełniona dymem, gdzieś w głębi sceny majaczyła sylwetka Foxa, który siedział za laptopem. Ten służył mu do kontrolowania dźwięku jak i zielonego promienia lasera, pewnie jednym programem, bo ich ruchy były ze sobą ściśle związane. Zaczęło się agresywnie i chaotycznie, światło błyskało w różnych kierunkach, elektroniczne cząstki wyskakiwały z głośników. Jakby Fox chciał nas na początek omamić, przygnieść całym spektrum możliwości: płaszczyznami poziomymi, pionowymi i ukośnymi. Jednak potem okazało się, że to jeszcze nie było wszystko, po kilku minutach przeszliśmy w fazę bardziej statyczną (ale bez chwili pewności, że zaraz się ona nie urwie), w której obcowaliśmy z czymś w rodzaju wielkiej płachty rozciągniętej przed nami. Potem były jeszcze spirale zachodzące na siebie, koncentryczne, zwijające się koła, drgające, wibrujące, giętkie pasma, krótkie urywane serie, które przypominały filmowy lot w kosmosie z rozmywającymi się po bokach gwiazdami. Wymieniane tych elementów nie na wiele się zda, bo siłą tego pokazu było (oprócz rewelacyjnego dźwięku) poczucie "bycia w", muzyka ogarniała zewsząd, a do tego światło lasera wsączając się w dym tworzyło gęstą ciecz, jakby plazmę, która unosiła się nad publicznością dając wrażenie pływania albo nawet lewitowania.

Następny występ to też solo, jednak diametralnie inne - skromne, również w wymiarze czasowym (raczej poniżej 25 minut). A przede wszystkim, zupełnie akustyczne, choć odgłosy jakby-elektroniczne też się pojawiły podczas improwizacji pianisty Reinholda Friedla - założyciela zespołu Zeitkratzer. Na początku muzyk zajmował się głównie wnętrzem fortepianu, a klapa wypolerowanego na błysk instrumentu była niczym ekran, na którym można było obserwować, jak np. z tarcia strun rodzą się piskliwe dźwięki. Friedl nie zapomniał jednak o klawiaturze i od czasu do czasu dorzucał pojedyncze średnio-wysokie nuty. Stopniowo całość gęstniała, położone na strunach talerze reagowały na ich ruchy, na horyzoncie pojawia się ciężka chmura niskich dźwięków produkowanych klawiszami. Przez chwilę panuje wręcz harmider, w nim Friedl umieszcza stały ton wytwarzany e-bowami (albo czymś w ich rodzaju?). Nie podobało mi się, że rozwinął sobie taką siatkę bezpieczeństwa, że jak nic nie zagra, to przynajmniej będzie miał to. Na szczęście nie korzystał z niej często, a potem w ogóle zrezygnował. Dalsza część nie była już tak głośna, ale pozostało w niej coś mrocznego: te kłęby dźwięków wydobywane prętem przeciąganym po strunach, metaliczny klekot obstukiwanych talerzy, skrzypienia, wyizolowane drapnięcia. To nie tak, że koncert musi trwać przynajmniej pół godziny, żebym uznał go za dobry, ale tutaj dominującym uczuciem był niedosyt.

Friedl niestety nie był tak hojny, jak następujące po nim trio, które postanowiło "bisować". Na małej scenie zaprezentował się jeden ze składów wymyślonych przez organizatorów specjalnie na ten festiwal (było ich tylko trzy, niestety). Szwajcar Christian Wolfarth za perkusją po środku, na flankach Franz Hautzinger, trębacz z Austrii i Holender Gert-Jan Prins, operujący elektroniką. Koncert miejscami ciekawy, choć generalnie nie do końca udany. Zaskakująco wyraziste i pełne detali brzmienie, gdy perkusista przebiera palcami po membranach (może mikrofony kontaktowe?), co słychać tak dobrze, jakbyśmy mieli je zaraz przy uchu. Trąbka szura, świszczy i pykająco terkocze. Gdybym miał obstawiać w ciemno, to przyjąłbym, że to właśnie takie brzmienia Hautzingera mają splatać się, ze sprzężonym mikserem Prinsa. Ale coś tu nie funkcjonuje, elektronika brumi, zacina seriami igiełek, ale bez przekonania, cicho, bezpiecznie w tle. Niespodziewanie, dla mnie, Hautzinger zaczyna nawarstwiać dzięki loopowaniu czyste wstęgi o nieco złamanych ale jednak pastelowych barwach (nie powinno to dziwić zważywszy na jego "Gomberg II"). Wolfarth też idzie w bardziej ciągłe dźwięki - przesuwanie plastikowymi okręgami po bębnach, smyczkowanie talerzy. Całość nabiera wręcz dronowego charakteru, pęcznieje, ale nie zabierze jej długo powrót do względnej smukłości. Co mnie uderzyło, to że po jakimś czasie muzycy wykonali drugie podejście pod to samo wzniesienie. Oczywiście, nie ma zakazu używania ponownie tych samych pomysłów, stałe gonienie za nowinkami może być zgubne, ale miałem wrażenie, że chcą oni wyzyskać formułę, w której dobrze się poczuli. Znów było smyczkowanie i znów nakładanie ciągłych tonów. W ogóle dziwne, jak dobrze zniosłem trąbkę z pogłosem, na które to składniki razem zwykle mam silną reakcję alergiczną. Sensowne pożytkowanie delay'a jako narzędzia przywołało na myśl Arve Henriksena i tą nitką w najbardziej dynamicznych tutti tego tria przyplątały się też pewnie skojarzenia z Supersilent (ale skromnym, stonowanym). Prins natomiast wyglądał na lekko znudzonego, siedział za stołem, postukiwał od niechcenia w jakieś sprzęty, jakby chciał powiedzieć: "no co chłopaki? robimy coś w końcu? bo ja jestem gotowy." I faktycznie rzucił się raźno w wir, gdy tylko trąbka podsunęła mu trampolinę mocniejszych dźwięków, do czego perkusja dołączyła nieco nierówny rytm. Bis był z lekka etniczno-medytacyjny, a co na pewno pozostanie mi z niego w pamięci to dźwięki wywołujące obraz łamanych plastrów miodu, gdy Wolfarth przykładał i odrywał dłoń od membrany.

Potem powrót dużej sali i wielkiego dźwięku: Pan Sonic, którzy byli trochę na ten sam temat, co Robin Fox, bo też przekładanie słyszalnego na widzialne było ważną częścią ich koncertu. Tutaj wizualizację stanowiła czarna pionowa linia na białym tle, która była zniekształcana muzyką. Miałem okazję w tym roku być na ich koncercie w Berlinie i ten nie różnił się od niego diametralnie. Z dwa utwory chyba nawet się powtórzyły (np. pierwszy), nie w identycznej postaci, ale na tym samym stelażu. Ogólnie, ten występ był jakby mniej technowy, choć to wrażenie może wynikać z faktu, że był "na siedząco", podczas gdy w Berlinie "na stojąco". Co nie zmienia faktu, że sporo było przytłaczająco masywnych bitów oraz szumowych faktur, które były niczym zastygający cement, którymi duet chciał nas przygnieść. Muzyka Finów ma w sobie coś totalitarnego, wolę dominacji i pewność swojej siły.
Obraz dawał do myślenia, z jednej strony: jeśli wcześniejsza muzyka to ładna, spokojna prosta, to zobaczcie, co my potrafimy zrobić, jakie wzory wymyślić, jakie kształty jej nadać. Ale też: patrzcie, to co widzicie, to właśnie nasze dźwięki robią z waszym wnętrzem. W chwili obfitego szumu na całym ekranie drobne kreski biegają w pogoni za sobą, panuje totalny chaos, zupełne rozproszenie, one szukają się, chcą stworzyć jakąś większą całość, ale dźwięk, który je porusza, także je odpycha.

Wieczór kończyło afterparty, na którym grał Jacek Sienkiewicz, ale niestety nie mogłem zostać. Idea afterów to nowość na festiwalu, w następne dni odbywały się one w Powiększeniu i były mniej oficjalne. To drobny akcent, zaledwie dodatek, ale kto słyszał "za deckami" Johna Hegre, któremu Piotrowicz w uznaniu jego ekscesów nadał miano DJ King, ten zapewne doceni taki pomysł.

Sobotni maraton koncertowy zaczął się od solowego Hautzingera, już pierwszymi dźwiękami nakreślił on sporą część mapy krainy, po której mieliśmy się podczas tej improwizacji poruszać. Ten mocno eksplorowany ląd nosi nazwę Trąbka Na Pogłosie, na całe szczęście Austriak wybrał jego część leżącą w strefie umiarkowanej. Jednocześnie, jak podczas gry w triu, swoje położenie orientował wedle konstelacji Loopowania. To pozwoliło mu poruszać się mniej utartymi szlakami, które choć może nie zapewniały silnych przeżyć, to przynajmniej nie zwodziły na urocze ambientowe polanki. Hautzinger, który osiągnął mistrzostwo w technice instrumentalnej, umiał też odnaleźć się w osprzęcie elektronicznym i widać było wyraźnie, że wie, do czego go używa, stosuje go by znajdować, a nie po omacku szukać. To odnosi się w ogóle do jego gry, w której z pewnością można wyszczególnić pewne gesty, motywy, schematy, ale też odczuwalna jest świadomość, dbałość w ich używaniu i pomysłowość w ich kombinowaniu. Ciekawą odmianą było nakładanie na siebie, wzmacnianie motywów rytmicznych, które nadały improwizacji nieco dynamiczności. Wrażenie jednoczesnej przestrzeni i bliskości w tej muzyce, spowodowało że w głowie miałem scenę odbijania o wschodzie słońca od brzegu miasta, znad którego unosi się mgła. Mimo, że taki obraz dość mi się podobał, miałem jednak nadzieję, że trębacz zrezygnuje w końcu z delay'a. Tak się stało, ale jedynie na moment, ot taka chwila przerwy.
Podobnie jak podczas poprzedniego występu Hautzingerowi zdarzały się brzmienia retro-elektroniczne, z małym echem, podrdzewiałe i kanciaste. Ale zaskoczeniem był, zagrany bez silnych namów, bis, w którym dźwięki były naginane efektami, a całość miała jakiś złamany groove.

To był jedyny koncert w Sali im. Zatorskiego, która była nawet bardziej kameralna niż ta z małą sceną. Początkowo tam miał zagrać Martin Brandlmayr, ale względy logistyczne podsunęły przeniesienie go do dużej sali, gdzie miał on potem uczestniczyć w triu. Usłyszałem opinię, że na MGF zagrał on dwa razy ten sam koncert i choć rozumiem, co się kryje za tym twierdzeniem, to trudno mi się z nim zgodzić. I to nie tylko dlatego, że podczas koncertu solowego używał oprócz perkusji, wibrafonu i laptopa. Pojawiały się te same techniki, pomysły, ale partnerzy w triu stworzyli dla nich inny kontekst. Mój problem z Brandlmayrem polega na tym, że ze względu na wysoce charakterystyczny sposób gry, trudno mi go oddzielić od muzyki jaką tworzy w zespołach. I pewnie wina leży przynajmniej w tej samej (jeśli nie w większej) mierze w odbiorcy, jak i w nadawcy. Dlatego, gdy z laptopa leciały rytmiczne, pojedyncze cyknięcia, a Austriak grał dość energetycznie, niemal automatycznie pomyślałem: one man Radian, jednak takie momenty były rzadkością. Podobało mi się w tej improwizacji, że na początku widać było proces rozważnego budowania, szukania dźwięków, wybierania, dokładania. Zupełnie inaczej niż u Friedla czy Hautzingera, którzy od razu przeszli do sedna. Ale potem ukazała się druga strona medalu uważności, na której rzucała się w oczy główna wada tego setu, który był niezbyt zwarty, a momentami wręcz się snuł. Dźwięki osobno były ciekawe, tu "odpinanie" werbla, tam szybkie miotełkowanie, lekko palcami po sztabce wibrafonu, nagłe przeloty przez membrany i obręcze, rzucenie talerza na bęben - wszystko ładnie, ale co z tego. Trochę uwagi mogło pochłonąć rozmyślanie, na jakich zasadach pojawiają się dźwięki z laptopa. Czasami brzmiały one jak przetworzenie tego, co było już zagrane, ale w kilku przypadkach na pewno tak nie było. Innym razem następowały w reakcji na wkład perkusisty, ale w często były raczej niezależne. Ostatnia część, choć pod względem klimatu mi się podobała, to nie miała specjalnie sensu, jeśli brać za kryterium spójność, no i był to chwyt zastosowany już na Playing by numbers Kapital Band 1. Wcześniej dwa razy wydawało mi się, że słyszę jakiś głos z daleka, myślałem, że mówił ktoś za sceną. A były to chyba skrawki nagrania terenowego, które potem zostało zapętlone.

Również trio, w którym Brandlmayrowi towarzyszyli Friedl i Jérôme Noetinger (elektronika, sprzężony mikser, magnetofon szpulowy) pozostawiło niedosyt. Choć może apetyt miałem zbyt wielki, bo liczyłem na koncert festiwalu. Nie chciałbym dać ponieść się schematowi, ale znów miałem wrażenie (jak przy Prinsie), że "elektronik" boi się działać zdecydowanie, żeby nie zostać uznanym za hałaśliwego rzeźnika, który nie zważa na innych. W przypadku Noetingera nie było tak cały czas, pod koniec, gdy Friedl na dłużej powstrzymywał się od grania, zaiskrzyła ciekawa wymiana małych błyskotek o ostrych krawędziach. Trio miało momenty, gdy wszystko się sklejało, współgrało ze sobą, ale często zastanawiałem się, czy być może nie składają się na nie zbyt wyraziste, osobne i dobrze ustawione głosy, żeby mogły stworzyć spójną całość. Friedl potwierdził, że jest pomysłowym, nieszablonowym muzykiem, zachwyciła mnie odmienność, nietypowość (w tym kontekście) naiwnej, zabawnej melodyjki, którą zagrał. Ale to, że była ona tak inna, "znikąd" sprawiło też, że odstawała silnie od reszty dźwięków. Ten motyw potem powracał, w bardziej pływającym, miększym wydaniu, z delikatniejszym akcentowaniem pojedynczych nut. Innym ciekawym pomysłem było szybkie przesuwanie zewnętrzną stroną dłoni po klawiaturze, co dawało odpowiednik glissand. Brandlmayr wymierzał wyizolowane stuknięcia, miotełkował, a także spiętrzał dźwięki przez narastające uderzenia w mały gong położony na bębnie. Noetinger oprócz szmerów sprzężeń pożytkował też odgłos ręcznie przesuwanej taśmy, powidok elektromagnetyczny jaki w sprzętach wywoływała lampa fleszowa, a pod koniec także nagrania poczynione przed chwilą mikrofonem skierowany ku partnerom.
Zdarzyło się, że cała trójka zeszła się na rozdrożu porozumienia, w momencie który mógłby być idealnym akcentem finałowym. Ale potem się rozdzielili, Friedl odsunął się od instrumentu, założył ręce na pierś sugerując, że on już skończył, dalej chwila wspomnianego duetu. Pianista wraca do gry, strzela głośno opuszczając klapę, uderza w talerze ułożone wewnątrz, po czym dwa z nich wyrzuca. To, że takie mocne gesty nie rozłożyły tego koncertu może być z jednej strony dowodem na to, że nie było czego rozkładać, albo też, że spoiwo było innego typu, trudno wyczuwalne.

Dwa występy perkusisty przedzieliły koncerty Hild Sofie Tafjord i Lionela Marchettiego. Tafjord, udzielająca się w SPUNKu i Fe-Mail, używała waltorni i elektroniki. Na początku jeszcze kalimby przepuszczonej przez efekty, a potem przez chwilę mikrofonu kontaktowego przyjmowanego doustnie. I to były najlepsze partie jej występu, bo dość szybko dźwięki afrykańskiego instrumentu zalał cyfrowy bryzg, bardzo głośny, bezbarwny i nudny. W fazie z kontaktówką został on nieco wycofany, na rzecz stukotów i urywków niskiego pojękiwania. Waltornia też była, częściej silne podmuchy, czasami małe odgłosy ustnikowe. Były interesujące momenty, gdy wkład akustyczny przegryzał się z cyfrowym hałasem, ale generalnie było to nudne, bo bez żadnego kierunku, sensownego ruchu i zbyt długo na jednym poziomie dynamiki.

Marchetii to francuski kompozytor muzyki konkretnej, jak również improwizator. W tej drugiej roli pojawił się kiedyś na festiwalu, natomiast teraz zaprezentował swoje dwie kompozycje (a następnego dnia wygłosił w Muzeum wykład, który przeszedł w interesującą sesję pytań i odpowiedzi). Trzeba podkreślić wagę tego wydarzenia, nie tylko na obszarze MGF, ale i całego naszego kraju, gdzie większe szanse mamy na wygraną w totka, niż na usłyszenie muzyki konkretnej w wydaniu koncertowym. Siedząc pośród publiczności, za sterami stołu mikserskiego, Francuz wykonał dwa swoje utwory, wypuszczając dźwięki przez osiem rozstawionych na sali głośników. Ta ośmiokanałowość została osiągnięta przez wypuszczenie sygnału lewego i prawego po cztery razy, a wrażenie przestrzeni, poruszania się dźwięków, zostało osiągnięte przez zmienianie głośności.
Pierwsza kompozycja "Noord Five Atlantica" została wydana w 2006 na płycie, ja jednak wcześniej jej nie słyszałem. Autor zapowiedział, że utwór dotyczy "polityki Atlantyku" i ta morska tematyka sprawiła, że od początku czułem, że mi się spodoba. Mewy, fale, krótkofalówki - komunikaty i zakłócenia (umieszczone w głośnikach po przekątnej), dużo przepływających niskich częstotliwości, pomysłowe kontrasty głośności. Niespodziewane wejście masy dęciaków, przeciągłych, trochę jak syrena. Pewne skojarzenia z "Brise Glace" Luca Ferrariego, ale tutaj jednak dużo mroczniej i więcej przestrzeni między elementami.
Drugi utwór to "Natura Morta", przykład nie tak częstego u Marchettiego wykorzystania instrumentów (a zwłaszcza w takiej mierze). Być może specyficzne, obniżone, pogrubione, brzmienie fortepianu było wynikiem preparacji, ale jeśli to rezultat elektronicznych przekształceń, to brawa za powściągliwość w ich stosowaniu (jej brak jest częsty u kompozytorów). Dźwięki instrumentu są spokojne, choć stanowcze, da się je rozróżnić, słychać też szczekanie psa (słabe, z oddali), a w drugiej połowie pękanie patyków, jakby pod wpływem ognia (silne, z bliska). Czy całość to taki odpowiednik obrazu - martwej natury? Czy może chodzi o uśmiercenie (ale to też przecież unieśmiertelnienie) zwierzęcia i przyrody przez jej nagranie i umieszczenie w innym kontekście?

Następne było opisywane już trio, a potem kolejna kompozycja - elektroniczna Marcusa Schmicklera. Mając w pamięci jego fantastyczny występ z MGF 2006 spodziewałem się wiele i tu też nieco się zawiodłem. Zaczęło się wspaniale, od niesamowitych, "tektonicznych", niskich dźwięków, które wprawiały w rezonans wszystkie niezbyt dobrze umocowane przedmioty. Zastanawiałem się, czy te brzmienia mogą zburzyć budynek i kiedy byśmy się zorientowali, jeśli tak, bo przecież było zupełnie ciemno i odgłosy tego pewnie byłby przykryte przez muzykę. Potem były zatykające uszy piski, opresyjnie głośne metalowo-drewniane walnięcia, wykręcane i zawijane wysokie częstotliwości. Nie wiem, czy utwór trwał nawet pół godziny, miałem wrażenie, że Niemiec chce zbyt dużo zmieścić w zbyt krótkim czasie.

Przenosiny do klubu Powiększenie, gdzie najpierw duet Lasse Marhauga i Johna Wiese, bałem się że odkręcą wajchę i zaleją nas tak, jak to uczyniła Tafjord. Na szczęście panowie wybrali inny tryb, ich muzyka była pełnokrwistym noise'm, ale nie jednolitą masą, była zbiorem elementów, które rozbijały się o siebie, krzyżowały ze sobą i tworzyły mutacje. Zabawny kontrast statycznego Wiese za laptopem i Marhauga chyboczącego się nad swoimi urządzeniami (m.in. pęk drutów o drapiącym, kostropatym brzmieniu). Trudno to określić, ale być może ten drugi przejął inicjatywę, bo na pewno to on w pojedynkę zakończył koncert.
Wieńczącym sobotę wydarzeniem był występ Paula Wirkusa, co na papierze mogło wyglądać na złe następstwo dla pobudzenia, jakiego dostarczyło duo. Jednak muzyka Polaka był tak inna, że wydawała się istnieć w odmiennym świecie, w ogóle nie pozwalała na porównania, zestawiania, powiązania, z tym co przed nią. Słuchałem tego koncertu w apogeum jakiejś nieprawdopodobnej migreny, więc mam nieco mgliste wspomnienia. Jednak jestem pewien, że tak minimalistycznego Wirkusa jeszcze nie słyszałem - ciekawe, czy to jest miejsce, w którym jest teraz, czy specjalnie przygotował to na MGF? Dużo ciszy, ale nie przerw, powolne rozwijanie pojedynczych elementów, albo kilkuczęściowych klarownych zestawów. Mój kolega powiedział coś o elektronice z Feldmanowską wrażliwością - może i tak...Podobał mi się ten ogólny pomysł, wypuszczania, odsłaniania, dozowania dźwięków, jakby Wirkus podawał rękę, zachęcał do wejścia, a zaraz potem ją cofał, flirtował z słuchaczem? Używał wachlarza ciszy, żeby nie pokazać zbyt wiele, ale jednak wzbudzić ciekawość. Jakby zarzucał wędkę, ale nawet niespecjalnie chciał coś łowić. Może wędkarstwo nasunęło mi się, ze względu na przemożny spokój, jakim emanowała ta muzyka.

Niedziela zaczęła się na małej scenie, od koncertu, który dla mnie ex-equo z Foxem zajmuje najwyższy stopień festiwalowego podium. Znając twórczość Noetingera myślałem, że wiem czego mogę się spodziewać. I choć Francuz używał typowego dla siebie sprzętu, to jednak sprawił mi niespodziankę. Zagrał pięć utworów, z których każdy był dedykowany jakimś muzykom, było coś poruszającego w tym geście. Noetinger jest od dawna przyjacielem festiwalu, ważną postacią dla Piotrowicza, który zresztą zapowiedział go jako jednego z najważniejszych artystów dźwięku na świecie, więc pierwsza odsłona była dedykowana prowadzącym MGF. Bardzo powoli narastający utwór, w którym ciągle obecna była płaszczyzna dźwięku brzmiącego jak kamienne bulgotanie, gęste ale jednak przejrzyste. Wraz z narastającą głośnością coraz głębiej się w nie zapadaliśmy. Kolejna - Michaelowi Pisaro, amerykańskiemu kompozytorowi, którego utwór Noetinger wykonywał w tym roku na festiwalu Instal w Glasgow. Ważnymi elementami tamtego dzieła były cisza i mierzenie czasu, tutaj Francuz włączył stoper, przesiedział minutę (?) nic bez ruchu i wyłączył go. Trzecia część - dla Lionela Marchettiego, z którym Noetinger często współpracuje. Coś na zasadzie hommage, utwór "w stylu" tamtego, jakieś nagranie terenowe (wiatr w drzewach? nadciągająca burza?), dźwięki elektroniczne porozmieszczane z uwagą, niektóre bardzo z tyłu, tak by odmalować rozległą przestrzeń, spory oddech w układzie całości. Ostatnia - sobie, najbardziej ruchliwy, kolażowy: manipulacje taśmą, lampa fleszowa, potrącanie cienkiego pręta, chyba jakieś urywki z radia, sprzężenia, nagrywanie pracującego magnetofonu. Potem bis, który mógłby zostać ofiarowany Henri Chopinowi, Noetinger najpierw rejestruje siebie: chrząknięcie, oddech, prawie-mowa, a potem manipuluje tym materiałem, dokłada podobne odgłosy, delikatnie stopuje taśmę wprowadzając chwiejność w i tak nieśmiałe dźwięki.

Potem gwałtowna zniżka, boleśnie odczuwalna po tym ludzkim i witalnym koncercie: Stefan Neméth (syntezator analogowy, sampler) do filmów "I.E.(site 01 - isole eolie)" i "Domino" Lotte Schreiber. Z całym należnym szacunkiem, ale czy Neméth musiał przyjeżdżać, żebyśmy to usłyszeli? Odniosłem wrażenie, że nie miał tu zbyt wiele do zagrania, w sensie tworzenia czegoś na żywo, raczej jedynie do odegrania - może można było puścić dvd. Muzyka nieco nijaka, w ścieżce do drugiego obrazu sprawę ratował rytm, denerwowały mnie nagłe, chwilowe wejścia dźwięków oglądanego otoczenia. Ale miały one swój odpowiednik, który też mi się nie podobał, w zmianach kamer (taśm?) - najczęściej obraz wyglądał staro, poza migawkami cyfrowej nowości.

W poszukiwaniu straconego znaku jakości udaliśmy się do dużej sali, ale tam okazało się, że będzie trzeba jeszcze trochę się pomęczyć. Deut Synchronator (Prins i Bas van Koolwijk) uraczył nas dwoma niezależnymi wizualizacjami i strumienia dźwięków. Może gdyby był to mój pierwszy kontakt z muzyką Prinsa, to znalazłbym coś ciekawego, bo niektóre brzmienia budziły podziw. Ale niestety, jako całość....hm, trudno nawet mówić o jakiejś całości: ciągłe zmiany elektronicznych zabrudzeń i gltichy, poziome pasy w czerni i bieli (lub czerni i seledynie) - jak skakanie po kanałach. Po jakimś czasie nie było znaczenia, jaki dźwięk teraz się pojawi, bo i tak wszystko brzmiało, jakby już było. Jedyne co by mogło uratować tą muzykę to eksplorowanie poszczególnych układów częstotliwości, choćby chwilowe przystanki, żeby można było odczuć wyjątkowość każdego z nich. Nie podnosiło mnie na duchu rozważanie, czy może nazwa jest wyraz autoironii. Byłem nieco przerażony, gdy stwierdziłem, że artyści nie wiedzą, jak skończyć, grali tak długo, że poważnie myślałem, że czekają aż publiczność nada sygnał kapitulacji.

Na szczęście potem było już lepiej: ostatni występ w teatrze do Jazkamer w składzie poszerzonym o perkusistę Nilsa Are Drönena. John Hegre na gitarze, Marhaug też...miał gitarę, która przez większość czasu leżała na stoliku i służyła jako źródło dźwięku wpuszczane w przetworniki. Oprócz tego chyba jakaś niezależna elektronika, która trochę zagłuszała Hegre. Od początku słuchałem w zatyczkach, co być może pozwoliło mi lepiej wychwycić wkład perkusisty, który grał bardzo "free". Jednak nie unosił się ekstatycznie free-jazzowo, raczej spadał ze swoim zestawem po schodach. Powoli zwiększał swoją przestrzeń rozpychając elementy na boki i przewracając je, aż nie pozostało mu zbyt wiele możliwości muzykowania. Miało to swój urok i pasowało do dźwięków, a zabawne było że gdy już uporał się z instrumentem, opuścił scenę. Wtedy muzyka nabrała nieco innego charakteru, bez perkusyjnego napędu zwolniła nieco i nawet jakby ukradkiem zerkała ku ascezie brzmieniowej. Był też etap quasi-rytualny, gdy Marhaug walił w bęben na tle jednostajnego pływu gitarowego. Przed końcem energia znów wezbrała i mieliśmy parodię rockowego show, gdy Marhaug pochwycił za "wiosło" i przemieszczając się po scenie grał sprzężeniami. Zakończył trzymając gitarę na głowie i tylko niejasne pozostało, czy odbiera z niej energię, czy też chce kontrolować ją myślami.

Na zakończenie znów Powiększenie, tutaj najpierw Phroq (aka Francisco Meirino), który dla mnie był takim małym odkryciem. Słyszałem jeden jego album i obawiałem się ściany hałasu, ale na szczęście wypadki przybrały inny obrót. Nie chcę czynić z Tafjord dziewczynki do bicia, ale ten koncert był poniekąd negatywową odbitką tego, co ona zagrała. Zaoferował przybliżone do jej elementy, ale zrobił to inaczej. Też można by go oskarżyć o pewną monotonię, więc to chyba rzecz gustu. Albo głośności: która tutaj narastała, ale nigdy nie była nieprzyjemna, odpychająca. Albo faktury: zaczęło się od basowych powierzchni, jeszcze bardziej słyszalnych niż odczuwalnych, które kojarzyły mi się z odgłosem płomieni. Po kilku minutach zaczęły się pojawiać na nich dość wysokie dźwięki, może dlatego tak wciągające, że najpierw było ich niewiele i w miarę jak gęstniały, chciałem je nadal śledzić, łapać wszystkie i dlatego dałem się pochłonąć, sądząc że dam radę, a nagle okazało się, że jestem w środku jakiejś otchłani.

Potem Wolfram, którego występ w trakcie bardziej mi się podobał, niż teraz, gdy próbuję go sobie przypomnieć. Dużo szarawych elektronicznych dźwięków, niektóre głośne, ale większość raczej nieprzesadnie. Koncert składał się z osobnych, ale ogólnie spójnych części, z których większość opierała się na dryfie albo nawet delikatnym pulsie. Sample z sygnału telefonu (nie komórkowego) i nadjeżdżającego pociągu - zaskakująco dobrze pomieściły się w tych abstrakcjach, które kojarzyły mi się trochę z Iliosem.

Jak co roku, mógłbym sobie zażyczyć większą liczbę Azjatów (sztuk: zero), czy Amerykanów (sztuk: jedna), ale rozumiem, że kwestie finansowe są nie do przeskoczenia. Mógłbym zapytywać, czy w końcu doczekam się jakiegoś wokalisty/wokalistki na MGF...Jednak do tej konkretnie edycji mam uwagę, że była on zbyt ciężko-elektroniczna, w takim pakiecie nawet te lepsze występy nieco traciły. Przydałby się jakiś berliński redukcjonista dla odmiany, albo chociaż więcej instrumentów akustycznych. Nie zmienia to jednak faktu, że to wydarzenie jest wciąż w czołówce polskich festiwali.