Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nanni moretti. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nanni moretti. Pokaż wszystkie posty

9/02/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 8)

Przyłapałem się na tym, że mam słabość do Nanniego Morettiego, np. bardzo lubię ton jego głosu i sposób mówienia. Idźcie, ofiara spełniona (La messa è finita) z 1985 roku był więc dla smacznym i pożywnym śniadaniem. Niby nic wielkiego, choć czasem nabiera to wymiaru Bergmanowego. Ale bywa też wesoło, szczególnie zabawna scena, gdy cytowanie Dantego wybawia bohaterów z tarapatów.

Ostatnie dni miasta (Akher ayam el madina), debiut Tamera El Saida to produkcja przyzwoita, ale czy na pewno warta Grand Prix? Całość się niestety rozchodzi w szwach, oczywiście trudno jest sportretować wielki organizm miejski i taka swobodna forma może się sprawdzić (czego przykładem choćby Serce psa). Ale mnie już zaczynała męczyć ta rozlewność, wszystkoizm festiwalowych propozycji, łaknąłem jakiegoś wzięcia w garść, organizacji, nawet rygoru.
Początek jest obiecujący, układa się przed nami mozaikę, pojawia się figura opowiadacza, bajarki, pytanie, jak usłyszeć ciszę w hałasie Kairu. Uśmiechnąć się można widząć modlitwę podróżnego w windzie, zadumać nad smutną miłością do miasta. Rozważać postawę bohatera, gdy zamiast interweniować - sięga po kamerę. Fajny pomysł z refrenem z jedną z postaci i nagabywaniem jej, żeby mówiła o Aleksandrii. Koścem fabularnym, dość wątłym i często zanikającym, są poszukiwania nowego mieszkania. Szkoda, że musimy być wciągani na meta-poziom i oglądać proces montażu już nakręconego materiału oraz dyskusje z montażystą (który ma dosyć, bo nie wiadomo o co chodzi i sympatyzowałem z nim). Różne spostrzeżonka próbujące się dokopać do głębszych prawd też jakoś nie przekonują, podobnie jak pewne wysilone metafory wizualne.
Była rozmowa poseansowa i twórca okazał się być sensownym człowiekiem. Przede wszystkim skromnym, mówiącym o tym, że uczył się w procesie robienia, że chce się uczyć od świata, że najciekawsza sztuka bierze się z niepewności. Czuł też, że to on powinen podążać za filmem, a nie odwrotnie. Mówił też o pewnych problemach z cenzurą oraz o tym, że zdjęcia skończyły się w grudniu 2010. Postanowił, żeby nie kręcić rewolucji (i chyba słusznie) i montując cały czas zastanawiał się, jak to robić mając ten wgląd, będąc doświadczonym tym, co się stało.

Obecnie festiwale tak nam spowszedniały, że zapominamy, że kiedyś wiązały się one z zawieszeniem normalnego biegu czasu. Przypomniałem o tym sobie wybierając się na trwającą cztery godziny i czterdzieści minut Rodzinę (Jia) Liu Shumina. Oczywiście mogłem pójść na całość i poświęcić dzień na ośmiogodzinnego Lava Diaza, tylko że oddałem przed festiwalem ponad połowę tego czasu jego Norte i nie byłem pewien, czy mam go dla niego więcej.
Debiut Chińczyka, który był tu odpowiedzialny też za montaż, zdjęcia i scenariusz, zupełnie mi się nie dłużył. Kontrolnie spojarzełem na zegarek i byłem zupełnie zaskoczony, że odmierzył on już dwie godziny od rozpoczęcia seansu. Udało mi się wejść w ten niespieszny rytm i rozkoszować długim trwaniem. W takich bardzo pełnowymiarowych formach (a jeszcze inaczej i mocniej w serialach) jest coś nieco odpowiadającego trybowi przyswajania książki. Obcujemy przez długi czas z postaciami, oswajamy się z nimi, przyzwyczajamy do nich. Wiadomo, w oglądaniu filmu zrobimy sobie raczej mniejsze przerwy niż podczas lektury, ale już przy serialu niekoniecznie.
W kontekście tego znaczące są słowa głównej bohaterki, która mówi "czas to jedyne co mam", choć jest stara (a może dlatego właśnie?). Najpierw obserwujemy codzienność jej, męża, jednej z ich córek i jej synka. Potem zaczynają się podróże noworoczne do dzieci (Fuzhou, prowincja Jiangxi, Szanghaj) oraz miejsc związanych z ich przeszłością. Zwiedzania nie za dużo, ale trochę robienia zdjęć, też pozowanych, ustawianych przez fotografa zgodnie z wyobrażeniem szczęśliwej rodziny. W zasadzie sama zwykłość, żadnej spektakularności, nawet fakt, który zmienia wymowę tej odysei podany jest jak uwaga o cieknącym kranie. Kontrasty między warunkami życia i specyfiką rodzin dzieci są zauważalne, ale kreślone subtelną kreską, nie akcentowane dla mocniejszej wymowy. Retrospekcje, wprowadzane wyciemnieniami, bez dźwięku, nie odstają. Kamera jest zwykle nieruchoma, dużo ujęć z planem ogólnym, w którym nie od razu dostrzegamy znajome postaci albo one dopiero w niego wejdą, a wtedy są i tak jednym z równorzędnych elementów (przypomniał się mimowolnie Wally). Najdramatyczniejszymi momentami są takie zdarzonka jak trąbiący na starszych państwa samochód - czy w Państwie Środka też do trzech razy sztuka?
Na marginesie: zacząłem powątpiewać, że napisy produkcji w językach bardziej obcych są tłumaczone z oryginału. Tutaj to, co po angielsku było nieprzetłumaczone, tylko podane w kwadratowych nawiasach, bo uznane np. za nieznaczącą rozmowę o fryzurze, pozostawało takie po polsku.


Dałem kolejną szansę Delbono, tym razem uważniej wybierając, żeby były to filmy, a nie rejestracje spektkali. Blue Sofa zrobiona z Laurą Fremder i Giuseppe Baresim z 2009 roku jest zaskakująco zabawnym drobiazgiem. La paura z tego samego roku to coś zupełnie innego, przejmująco osobistego, nawet obsesyjnego. Szczególnie wybrzmiewają teraz kwestie migranckie i w ogóle te związane z innością.

8/28/2016

Nowe Horyzonty - dziennik (cz. 3)

No Home Movie to jeden z tych punktów programu, na które najbardziej czekałem. Tym bardziej, że nowy film Chantal Akerman okazał się ostatnim w dorobku tej najważniejszej (dla mnie) artystki kinematografii. Trochę głupio to pisać, ale nie mogę się przestać zastanawiać, czy wiedziała, że tak będzie, czy wybrała już wtedy śmierć i w ten sposób żegnała się.
W ten sposób jej filmografię spina nietrzymająca całości zbyt ściśle, ale przez to tym bardziej dająca do myślenia, klamra. Oczywiście nowy film kojarzy się mocno z Jeanne Dielman..., ale przypomina się też inny "kuchenny dramat" - Saute ma ville (zróbcie sobie przyjemność i obejrzyjcie go). Bo choć Movie zaczyna się od ujęcia drzewa targanego wiatrem, a dalej widzimy park, to dominują wnętrza. Potem zestawiane z filmowanymi (głownie z jadącego samochodu) pustkowiami i jednym odbiciem w wodzie, czasem też kamera zerka przez okna mieszkania na ogród (pusty) i ulice. Przede wszystkim obserwujemy matkę autorki, najpierw za pośrednictwem Skype'a. Gorzko ironicznie brzmią słowa o tym, że dzięki takim technologiom nie ma już dystansu. Trud zbliżenia, ale zapośredniczonego, zilustrowany jest sporym zoomem na rozpikselowany obraz z kamerki internetowej, który przestaje już jakkolwiek przypominać twarz rodzicielki. To też chyba jakiś komentarz do sytuacji, że w takim przybliżaniu docieramy do abstrakcji - a na pewno filmowo fajny zabieg.
Jedna z dłuższych rozmów odbywa się w kuchni, podczas posiłku, to chyba jedyny raz, gdy zbliżamy się do Historii - mowa tutaj m.in. o międzywojennej Belgii i przodku, który był socjalistą z Dror. Wbrew temu co słyszymy i widzimy, matka skarży się, że nigdy nie rozmawiają, a potem doprecyzowuje, że Chantal mówi, ale nie to co interesujące. Potem, gdy matka jest już mocno chora, dochodzi do wzruszającej sceny, gdy dwie córki proszą ją, żeby opowiedziała im historię. W ten sposób mogą cofnąć się na chwilę do dzieciństwa i do tamtego łatwego podziału ról, bo teraz to one jej matkują. Wątek opowiadania siebie powraca, gdy reżyserka usiłuje jakoś siebie przedstawić sprzątaczce, mimo że niezbyt mówią w jakimś wspólnym języku (to mi przypomniało jak kiedyś Ewa Rewers mówiła o tym, że to właśnie w obcym języku można najlepiej siebie ująć, bo mówi się tylko to co najważniejsze - nie jestem przekonany i wymagałoby to zniuansowania).
Nie wiem, czy był to celowy zabieg, ale gdzieś po połowie zmieniona została kamera, teraz obraz jest kontrastowy, postaci ciemne, wnętrza mroczne, tajemnicze, niedookreślone, za to okna są jasnymi, prześwietlonymi plamami. Generalnie całość jest mroczna, przesadą byłoby powiedzieć, że sylwetki są jak postacie z horrorów, ale dochodzi do jakiegoś odrealnienia. Mama ciężko oddychając mówi do dziecka, że są sobie bliższe niż przedtem, że nie mogą tak tego uciąć. To nie one jednak decydują i zostało to ucięte. Wspaniały, ciężki, poruszający, skupiony film.

Z zupełnie innej beczki: Hot Sugar i jego zimny świat (Hot Sugar’s Cold World) opowiadający o producencie, który dał się poznać światu jako autor muzyki do „Sleep” The Roots, a potem współpracował między innymi z Heemsem i Kool A.D. (z Das Racist), Lakutisem oraz Antwonem. Reżyser Adam Bhala Lough ma już doświadczenie w portretowaniu muzyków, ma na koncie dokumenty o Lee „Scratch” Perry'm, Lil Wayne'ie i Jimie Jonesie z Dipset. Hot Sugar jest tutaj ukazany jako wieczny poszukiwacz nowych dźwięków, znudzony bazami sampli, nie ruszający się z domu bez Zooma. Jeśli chodzi o sam sposób opowiadania, to już od pierwszej sceny wiadomo, że nie będzie to nic niezwykłego. Widzimy naszego bohatera rejestrującego odgłosy lemoniady w proszku skwierczącej na języku jego dziewczyny. Gdyby Lough chciał skierować naszą uwagę na dźwięk, to powinien dać nam chwilę poobcować z nim samym przy akompaniamencie wyciemnionego obrazu, a nie od razu pokazywać jego źródło. Przy okazji trzeba wspomnieć o pewnym przekłamaniu – Hot Sugar używa podstawowych modeli sprzętu, na zewnątrz nagrywa bez osłonek przed wiatrem, a dźwięki jakie uzyskuje są zadziwiająco dobrej jakości. Inna sprawa to do czego ich używa, bo choćby miał nie wiem jak dziwne sample, to i tak wkłada je w mniej więcej takie same struktury bitów i przykrywa sentymentalnymi melodiami. Z wypowiedzi bije niezaprzeczalna ciekawość świata i jego aspektu dźwiękowego, na przykład gdy opowiada o tym, że jako dziecko wiedział dzięki obrazkom jak wygląda nosorożec, choć nigdy nie widział go na własne oczy, to nie miał pojęcia, jak to zwierzę brzmi. Ale to baczne przysłuchiwanie się światu zdaje się nie mieć wielkiego wpływu na jego muzykę. Mowa też o tym, że nagrywanie daje poczucie kontroli nad życiem i może o to tutaj chodzi. Bo Hot Sugar zarejestrowane dźwięki mocno przetwarza, więc może celem jest wzięcie ich w posiadanie, uczynienie ich swoimi własnymi. Bohater ma wielką ciekawość świata i fantazję, choć czasem daje o sobie znać pewien brak świadomości, np. gdy stwierdza, że do lat 70. nikt nie nagrywał dźwięków samemu albo gdy jakiś uczony wyjaśnia mu, że muzyka kosmosu to pewna przenośnia, bo z racji próżni trudno w tej przestrzeni cokolwiek usłyszeć. Ale z drugiej strony ten brak balastu wiedzy pozwala producentowi zastanawiać się, czemu w katedrze Notre Dame gra się na organach ciągle te same utwory zamiast czegoś nowego choćby z dorobku Ruff Ryderz. Najpierw się zaśmiałem, ale potem pomyślałem – właściwie czemu?
Na początku bałem się, że będzie to jakiś głupiutki post-internetowy filmik o związku na twitterze i instagramie, ale tę część można przetrwać. A dzięki temu wejdziemy w niejednoznaczny świat.

Na Dzieciństwo wodza (The Childhood of a Leader) poszedłem w ciemno z tego względu, że muzykę skomponował Scott Walker. Nie sprawdzałem nawet, że jest to pełnometrażowy debiut Brady'ego Corbeta, aktora, którego kojarzę z kilku filmów (a który szykuje już kolejny ciekawy projekt).
Jeśli chodzi o oprawę dźwiękową (właśnie wydana), to było potężnie, kiedy trzeba patetycznie, ale bez przeginania. Dużo smyczków, ale bez schematyzmu, odpowiednio zagospodorowana strefa niskich brzmień, chyba też elektronika tu się przysłużyła, a to skonstrastowane z przenikliwymi fletami i błyszczącymi trąbkami. Jeśli Walker zasłuchuje się w Strawińskim (a może w Schulhoffie?), to wyciągnął odpowiednie wnioski. Fajnym pomysłem było oparcie jednego wejścia na rytmie prasy drukarskiej. Nie zanotowałem, kto pomógł Walkerowi w rozparcelowaniu wszystkiego na 120-osobową orkiestrę (byłby to Peter Walsh lub Mark Warman?).
Reszta też mi bardzo podpasowała: koniec pierwszej wojny, francuska prowincja, stara niszczejącza posiadłość, mroczne wnętrza (w ogóle to ciemny obraz), trochę map. Sama fabuła oparta na opowiadaniu Sartre'a, pośród inspiracji też Musil i Arendt, a jeśli chodzi o reżyserów to też niezły zestaw (Bresson, Kubrick, Pialat, Olmi, Dreyer). Nie będę zdradzał za dużo, bo sami sobie zobaczycie, jako że rzecz wchodzi do kin, ale zwraca uwagę fakt, że wydarzenia rozgrywają się pomiędzy Bożym Narodzeniem a nowym rokiem, czyli w czasie kojarzonym ze zmianami. Fajnie wypadają też domowe negocjacje z latoroślą, te oblężenia, branie głodem w zestawieniu z tymi wielkohistorycznymi, których nie widzimy. No i ciekawa kwestia genderowa, bo tytułowy bohater jest brany kilka razy za dziewczynkę, ale nie prosi o ścięcie włosów (natomiast potem jest łysy).

Freak Orlando czyli inna twarz Ulrike Ottinger. Znów ta radość z powrotu do przeszłości (film powstał w 1981 roku) i możliwości zobaczenia czegoś odmiennego. A w zasadzie całej gamy odmienności i odmieńców: stylita, biczownicy, trędowaci, kobieta z brodą (Wilgefortis) i z penisem, bojówki w strojach stereotypowych gejów, konkurs brzydali (oczywiście odwołanie do Freaks Browninga, ale też kpina z "dobroczynnej" telewizji). Naprawdę mnóstwo wszystkiego, bo też piwo z lulka, przeczucie apokalipsy, podróże w czasie, cyrk, psychiatria, sugestia krematoriów. Wspomniani są też m.in. Walter Benjamin, Róża Luxemburg, Arnold Schönberg, Carl Einstein, Galileusz. Trochę się to rozłazi i dłuży pod koniec, ale można się też po prostu cieszyć tą paradą różności (jest w tym momentami coś z Monty Pythona). Uderzająco aktualnie wypadają sceny z centrum handlowego, w których odbywa się np. tydzień mitologiczny (nie jesteśmy obecnie tak daleko od tego, gdy w akcje promocyjne zaangażowany jest choćby Napoleon) lub sakralny z wyprzedażami, podczas tego drugiego w ofercie jest asortyment, który równie dobrze może być użyty przez tych, którzy chcą uprawiać samoumartwianie religijne jak i praktyki sadomasochistyczne. Ottinger miała też wyczucie ubierając klientów w plastikowe peleryny i torby, co pokazuje, że już wtedy ich nadmiar zaczynał być problemem. Reżyserka mówiła o tym, że jej celem było uświadomienie, że to co wydaje się nowe wcale nie jest nowe, wystarczy tylko lepiej przyjrzeć się historii. Jeśli o tym pomyśleć, to ten film, choć w wyrazie tak inny niż Cień, to jednak mówi o podobnych tematach. Jako inspirację wymieniła malarstwo Goyi, oczywiście Virginię Woolf oraz teatr barokowy (lustro postawione przed światem, tu warto wspomnieć piękny pomysł zwierciadła zakopanego w hałdzie węgla).
Muzycznie jest interesująco, co zasługą Wilhelma Dietera Sieberta, najciekawszy fragment to występ Wilgefortis w sklepie. Łączy on średniowieczny lament, punkową agresywność, figlarność kabaretową, coś może z Brechta z brzmieniami, jakich mógłby od gamelanu wymagać George Crumb.

Podróż w czasie kontynuowałem z Niewolnicą miłości (Raba lyubvi) Nikity Michałkowa z 1976 roku. Fajnie było obejrzeć go ze zjechanej kopii Filmotekii Narodowej ze staromodnymi napisami, co współgrało z osadzeniem akcji w latach 20. Ale chyba byłem już zbyt zmęczony, żeby się przejąć wypadkami ekranowym i najciekawsze wydało mi się, że był to obraz wybrany przez Nanniego Morettiego.