Druga prezentacja orkiestry festiwalowej zwanej Ostravską Bandą. Najpierw trzy premiery światowe młodych kompozytorów. Suppresing Repression (2007) Anglika Benjamina Olivera, które gdy doszliśmy do czwartej pozycji w programie zdążyło mi zupełnie wyparować (co może oczywiście świadczyć gorzej o mnie niż o utworze). Przestraszony usiłowałem sobie przypomnieć, choćby skład: no tak, była fortepian, skrzypce, drugie też, wiolonczela...No przecież - trąbka w denerwującym zestawieniu z perkusją, które były jak z emulatora zespołów Milesa Davisa. Pouczające było także późniejsze zajrzenie do programu: Oliver oprócz komponowania, jest także pianistą jazzowym. I w tym utworze chciał połączyć totalny serializm i "prawie improwizowaną" zanotowaną kompozycję. Próbować zawsze warto. Nie żeby się nad nim znęcać, ale jemu chodzi nie tylko o dźwięki: "tytuł tego utworu odzwierciedla pragnienie stworzenia muzyki, która będzie poza kapitalistycznym reżimem, wewnątrz którego obecnie funkcjonuje w Wielkiej Brytanii." Potem jeszcze o odrzuceniu dyktatu "większości" wytwórni płytowych, osób programujących festiwale, instytucji. Patrząc na jego biogram należy tylko cieszyć się jego powodzeniem w znajdowaniu wielu zespołów i festiwali, które operując zapewne poza "reżimem" chcą prezentować jego muzykę.
Z kolejnym utworem też miałem sporo problemów. W Renascence (2009) Josepha Kudirki pierwszoplanową partię odgrywał baryton (Thomas Buckner) i nie dość, że męczyła mnie jego prezencja, to w dodatku melodia, którą śpiewał była jakaś ciężko-kulejąca. No i wydaje mi się, że wolałbym nie rozumieć tekstu, ten był po angielsku i wyłapywałem pojedyncze słowa ("God", "eternity", "sky") nie wiedząc, czy mam się skupić by zrozumieć całość. Bo to zdecydowanie szkodziło odbiorowi muzyki, albo raczej - relacji wokalu i instrumentów. Puzon grał dużo syków, skrzypce też raczej drobno, fortepian czasem wypuszczał się do przodu. Były też małe bębenki, skrobanie po ich membranie przypadło zaraz po "grave is such a quiet place", a ja może zbyt ilustracyjnie odebrałem to jako przejeżdżanie paznokciami po wieku trumy, od wewnątrz rzecz jasna (a puzon to byłby oddech?). Warto przy okazji odnotować, że to kolejny twórca, obok Sama Sfirriego, który jako wykonawca interesuje się muzyką kompozytorów skupionych w grupie Wandelweiser.
Dużo lepiej czułem się słuchając Material and Dreams (2009) Petra Bakli, które może w pewnym falowaniu materii było trochę podobne do utworu Olivera. Jednak tutaj ten ruch był dużo żywszy, ciekawszy, jakby ptak szamotał się gałęziach drzewa, wzlatywał, ale coś go przytrzymywało. Duży plus za poczucie humoru ujawnione w komentarzu: "Byłoby także możliwe marzyć o tym że, gdyby Kartezjusz miał psa, moglibyśmy żyć teraz w dużo lepszym świecie. Kot też byłby dobry albo nawet szczur."
Ja wiem, jak takie coś brzmi, ale nie mogę inaczej: Brittle Relations (1986) Petera Grahama było za krótkie. W tym sensie, że akurat zdążyło zaprezentować paletę barw, wąską, ale ładną i nią nie znudzić, nie widząc potrzeby w rozszerzaniu tej powściągliwej próbki miłego brzmienia smyczków i akordeonu.
I na koniec triumfator tego koncertu - Salvatore Sciarrino (bez zaskoczeń, prawda?). To musi być interesujące dla kompozytora i flecisty, przysłuchiwać się muzyce kogoś, kto tyle uwagi poświęcił temu instrumentowi (by wymienić tylko kilka: Omaggio a Burri, Venere che le grazie la fioriscono, Hermes, Siciliano, Esplorazione del bianco II, Frammento e adagio), dlatego też pewnie Petr Kotik nie mógł sobie odmówić poprowadzenia czeskiej premiery Vento d'ombra (2005) Włocha. Choć w tym utworze flety nie mają tak prominentnej pozycji to jednak są łatwo wychwytywalne. Oprócz tego skrzypce, klarnet basowy, fagot, tuba, puzon, trąbka (najczęściej z tłumikami) i blacha ( = kawałek blachy, podwieszony). Znów było nieco ptasio, zwłaszcza w dialogach skrzypiec i puzonu.
8/27/2009
Ostrava Days 2009: Sciarrino, Graham, Oliver, Kudirka, Bakla
Ostrava Days 2009: Boulez, Hayward, Sharp, Graham, Susam, de Man, Byron
Wybiła dziesiąta - czas zaczynać noc występów solowych. Na festiwalu panuje dziwny zwyczaj grania muzyki przy wszystkich możliwych światłach zapalonych, co może nie tyle przeszkadza, co nie zawsze dobrze z nią współgra. Na szczęście teraz odstąpiono od tej reguły i soliści nie wyglądali na wielkiej sali jak rozbitkowie na otwartym morzu, bo większość przestrzeni niknęła w ciemnościach.
Być może to wynik przesytu i wyłączyłem się, ale utwory Elliotta Sharpa (Graviton The Boston i Inverted Fields - oba 2008, ale czy to na pewno były dwie kompozycje?) oraz Anthémes 1 (1991) Bouleza zupełnie do mnie dotarły. Pamiętam, że przyjemnie słuchało mi się Three Page Prelude (2004) Petera Grahama. Ale tak naprawdę to czekałem na Robina Haywarda, który zagrał swoje trzy (znów - powiedziałbym raczej, że dwa) kompozycje Release, Tone i Redial (2008). Żałuję, że nie wiem więcej o tym, jak gra się na tubie, bo mógłbym lepiej zrozumieć i wytłumaczyć, jak Anglik uzyskuje takie dźwięki. W komentarzu wspomina o technice kręcenia zaworami, która pozwala filtrować i wzmacniać odgłos powietrza biegnącego przez instrument. Oprócz niesamowicie skupionych syków i szumów były też zaskakujące uderzenia w tempie marszowym, które zostały nakryte czymś co mogło by robić za technowe cykacze. Choć Hayward był dobrze omikrofonowany (jeden u wylotu kielicha, drugi z tyłu a jeszcze ścianka zatrzymująca dźwięki), to jednak niektóre elementy ginęły w tej sali, czasami brakowało tła, z którego bardziej wyraziste fragmenty mogłyby wystawać. Może zresztą nie jest to twórczość na warunki koncertowe, dlatego tym bardziej warto czekać na płytę States of Rushing, gdzie znajdą się wykonywane tutaj utwory.
Potem były nocturnes (2009) Taylana Susama na fortepian, ale...były, no właśnie, nie pamiętam...ale chyba słuchanie ich nie bolało.
Następnie Ecoute, écoute (1999) Roderika de Mana na klarnet basowy i warstwę elektroniczną. Którą był głos i przetworzenia klarnetu, głos mówił po francusku - ja mam takie podejście do tego języka, że dla mnie to można w nim mówić cokolwiek, nawet niezbyt sensownego, a i tak ładnie brzmi (bo w większości znaczenia nie wychwytuję). Może tak samo kombinował kompozytor, bo gdy przeczytałem potem tłumaczenie tekstu, to faktycznie okazało się to być....powiedzmy eufemistycznie: błahe. Muzycznie - nic specjalnego.
I to już było po północy, zostało bardzo mało osób, część leżała, część zasypiała, a organizatorzy nieco perwersyjnie na koniec podali Dreamers of Pearl (2004-05) Micheala Byrona wykonane przez pianistę, któremu utwór był dedykowany - Josepha Kubera. Okazało się to być przeżyciem cokolwiek transcendentalnym. Kubera zapowiedział utwór, podając czas trwania i tytuły jego części. Przytoczę je, bo są (znów - eufemistycznie) nieszablonowe: "Enchanting the Stars", "A Bird Revealing the Unknown to the Stars", "It Is the Night and Dawn of Constellation Irradiated". Pomimo nadania takich tytułów autor utrzymuje, że jest to muzyka absolutna (aka czysta). Całkiem być może. Podczas pierwszej części jeszcze się zastanawiałem, czy może nie powinienem jednak już jechać do domu - spać. Gdy przeszliśmy w drugą, zacząłem się zastanawiać, czy wykonawca aby na pewno powiedział "ejt minyts"? a może "ejtin"? może "ejti"? Przestało to mieć znaczenie, czas biegł gdzieś obok, ja siedziałem apatyczny, aseptyczny (jałowy, ale też bez skazy), otępiały, ale jakoś uspokojony. Dźwięk się dział i tylko on. (Pierwsze dwie sekcje miały coś z Glassowskiej ładności, trzecia była czymś w rodzaju transkrypcji Nancarrowa na ludzkie zdolności.)
8/25/2009
Ostrava Days 2009: Phosphor, Schumacher, Sfirri, Graham, Hiller
Festiwal nabiera rozpędu: wczoraj dwa koncerty. O 17 pierwszy, nieco na wyrost zatytułowany "Komputery w komponowaniu". Na scenę wchodzą Andrea Neumann, Burkhard Beins, Axel Dörner, Michael Renkel, Ignaz Schick, Annette Krebs, Robin Hayward - czyli berliński kolektyw Phosphor (któremu dla powagi dodano tutaj Ensemble). Najpierw wykonali Isorhythmic Variation (nieukończone) Michaela Schumachera (nie, nie tego, tylko tego), nawiązujący do średniowiecznej techniki izorytmii. Zamiast dyrygenta na środku laptop, na którym zapewne wyświetlona partytura (szkoda, że publiczność nie mogła jej zobaczyć). Rytm wejść czy rozpoczynania fraz/gestów/dźwięków był stały i to w zasadzie jedyny plan, na którym spotykali się muzycy. Bo niestety nie stało się tak, jak oczekiwał twórca w komentarzu, że melodia wyłoni się z interakcji w zespole. Nie żebym oczekiwał "melodii" po tych muzykach, ale chociażby czegoś, gdzie składowe sumują się w jakąkolwiek całość. Tak się niestety nie stało, a wykonanie miało nieprzyjemny posmak przeterminowanego free-improv, z nagłymi i głośnymi uderzeniami Beinsa w perkusję i okrążającymi to motywami trąbki Dörnera. Oczywiście zawsze miło posłuchać, jakie niesamowitości z tuby wydobywa Hayward, ale trudno było się na nim skupiać, w tym przecież zespołowym utworze. Warto też odnotować, że nie tylko Krebbs wrzucała sample z wokali/głosu, może nawet więcej używała ich Neumann, co o ile wiem, jest novum w słowniku jej technik (może to wpływ koleżanki z ansamblu właśnie?).
Trochę lepiej było podczas wykonania for Callum Innes (2009) młodego Amerykanina Samuela Sfirriego, który na swoim majspejsie wymienia jako wpływy chyba nawet więcej artystów nie-muzyków, niż kompozytorów. Ten utwór powstał z inspiracji dziełami szkockiego malarza, którego proces twórczy często polega na usuwaniu terpentyną nałożonej farby, tak że zostają tylko jej delikatne ślady. Być może to eliminowanie składników poddało Sfirriemu pomysł wprowadzenia do kompozycji ciszy, która oddzielała partie dźwięków. Podejrzewam, że tutaj też partytura była nietypowa i pozostawiała wykonawcom pewną dowolność, a powstała muzyka płynąca, uspokojona, zanikająca w ciszach, a nie wpadające w nie.
Na zakończenie pierwszej części Phosphor zagrał swoje In Real Time (2009) i, choć spróbuję to ustalić z którymś z grających [dopisek: ustaliłem - potwierdzam], już teraz idę o zakład, że nie była to kompozycja - a po prostu bardzo dobra improwizacja. Nie było tylko szmerowo, jak można się było tego obawiać bo berlińskich redukcjonistach, a duża w tym zasługa zwłaszcza Renkela, którego gra na gitarze akustycznej zbliżała się nawet chwilami do tradycyjnej, a poza tym nie bał się on dźwięków "muzycznych", czystych. Choć te wydobywał w nietypowy sposób, np. uderzając małymi pałeczkami. W drugiej części podchwycił to Beins (panowie na pewno są ze sobą zgrani - ich duet Activity Center powstał w 1989), który zajął się jakąś odmianą marimby. Inne zapadające w pamięć momenty: Renkel brzdąkający, praktycznie sam, a do tego Krebs załącza sample z kobiecego śmiechu. Z początku wydało mi się to zbyt prostym chwytem, ale śmiech nie zanikł zaraz, był delikatnie rozmywany i odchodził w dal - wydało mi się to pomysłem godnym Luca Ferrariego. No i sama końcówka, która mogłaby przejść w dalsze granie, ale jakiś niecierpliwy słuchacz nie mógł znieść ciszy i zaczął klaskać. A Krebs skrzywiła się w lekko kpiącym zdziwieniu. Wcześniej udało się jakoś utrzymać chwilę bez dźwięków i z niej właśnie wyszła druga część, która była dużo bardziej mroczna, porywista (ach te chwiejące podstawy jakie ustawiał Hayward, a nabudowywał na nich Schick). Phosphor znalazł inną drogę w kolektywnej improwizacji, tak że uniknął i bałaganiarskiej aforystyczności, i łatwego prześlizgnięcia się dronem. Oprócz Krebs, także Renkel i Dörner wspomagali się laptopami (a co - komputery także w improwizowaniu), ten ostatni miał jakiś skomplikowany system przymocowany do trąbki, który chyba pozwalał mu graniem na niej kontrolować coś w maszynie.
Po przerwie Joseph Kubera (fortepian) i Conrad Harris (skrzypce) zagrali Sonatę No. 3 (1970) Amerykanina Lejarena Hillera (1924-94). Ten twórca, założyciel Experimental Music Studio na Uniwersytecie w Illinois (1958), nauczyciel Jamesa Tenney'a (1959-61), był jednym z pierwszych, który zaczął korzystać w komponowaniu z komputerów. Przykładem tego Illiac Suite for String Quartet (1955), którego współautorem był Leonard Isaacs. Natomiast kompozytor nie wspomina o używaniu komputera przy tworzeniu wykonanego wczoraj utworu. Przyznaje natomiast, że trzymał się tradycyjnej formy: allegro sonatowe, część wolna i rondo na koniec. Jednak treść jaka ją wypełnia jest już rzadziej spotykana, dużo jest dźwięków twardych, jakby zbyt mocnych, natrętnych. Nie było łatwo tego słuchać, zwłaszcza że utwór nie należy do krótkich.
Również dość długi był A Nap (Funeral Music for Mauricio Kagel) (2009) Petera Grahama (nie tego - tego), w którym cymbały (Daniel Skála) i fortepian (Daan Vanderwalle) są zakłócane przez elektronikę (Graham pod swoim prawdziwym nazwiskiem i Ivan Palacký). Rozbawiło mnie rozmieszczenie grająych, ci na *prawdziwych* instrumentach wysunięci na sam przód sceny, ci od urządzeń gdzieś tam z tyłu. Widać jeszcze długa droga przed elektroniką do świateł rampy. "Zakłócenia" (tak to określił autor) z rzadka, trochę zbyt oczywistym pomysłem wydały mi się fragmenty chrapania. Muzyka (bazująca na Pan Kagela) nastrojowa, nie żałobna, ale refleksyjna, impresjonistycznie rozmyta. Podchodząca do spraw ostatecznych z lekkością, ale i szacunkiem (minuta ciszy na koniec, ale wyznaczana przez metronom).
8/23/2009
Ostrava Days 2009: Mini maraton muzyki elektronicznej
Całość miała zacząć się o 14, więc na pewno coś mnie ominęło.
Wszedłem na ultra-cichy moment improwizacji Ivana Palacký'ego i Petera Grahama. Coś szmerało rozciągliwie bardzo w tle, chyba z klawisza tego drugiego. Grali w mniejszej sali galerii, otwartej jednak na większą. Trudno było wgryźć się w te dźwięki, publiczność była zaskakująco pełna szacunku i nie zakłócała, ale w większym pomieszczeniu rozstawiali się kolejni grający i otwieranie pudełek, odstawianie ich na ziemię bardzo się niosło. Oprócz tego otwierające się spore drzwi zaraz obok. Po kilku minutach poziom głośności nieco wzrósł. Palacky postawił obok mikrofonu świecąco-kręcącą zabawkę, której wiatraczek wydawał rytmiczne szmery. Chyba tego przez nic nie loopował, może jedynie regulował equalizerem na mikserze. Tak na pewno czynił grając na swoim ulubionym instrumencie - maszynie do szycia Dopleta 160. Czasem pojedyncze uderzenie - jak o struny, więcej czasu - pocieranie smyczkiem (z pewnością gdzieś musiał być mikrofon kontaktowy). Powolne, lekko drapiące dźwięki, kilka wysokich, piskliwych.
Po zbyt długiej przerwie, duet Richter & Syn (naprawdę: Pavel to tata i Jonas). Muzycy zupełnie mi nieznani, a ich występ na pewno nie sprawi, że zainteresuję się ich działalnością. Ojciec w latach '70 działał w takich zespołach jak Elektrobus, Wooden Toys, Janota (zna to ktoś? jakaś "psychodelia"?). Syn jest gitarzystą, wokalistą oraz miksuje używając didżejskiego cd-playera i samplera (i może jakiegoś Final Scratcha?). Koncert sprawiał wrażenie zaplanowanego, przynajmniej jeśli chodzi o bazową strukturę: zaczęło się od ambientowych teł z fragmentami wokali (okrzyki, urywane zawołania, trochę *groźne*), wyciszenie tego i składanka sampli hiphopowych, bity ponakładane na siebie. Gitara, potem coraz mniej bitów, coraz więcej gitary, reverby, loopy, jakieś sprzężenie, z którym nie wiadomo, co zrobić. Więcej falowania niż rzeźbienia, ale i tak trochę instrumentalnego onanizmu. Koniec, tzn chwilowy - zbiórka sampli klawesynu i operowego śpiewania. Koniec, prawdziwy.
Następnie szef festiwalu, Petr Kotík, zaprezentował swój utwór z 1962 "Refractions", poprzedzając go wstępem o (jak sądzę - było po czesku) muzyce elektronicznej i dostępnej wtedy technologii. No cóż, kompozycja, zrobiona na dwóch domowej roboty magnetofonach, generatorze akustycznym i przez cut&paste taśmy, ma chyba jedynie wartość historyczną, na szczęście nie była długa. Rozbrajająca była trójka kamerzystów, która krążyła rejestrując wytrwale wokół autora siedzącego nieruchomo przy mikserze.
Jeśli chodzi o proste technologie to fajnie pociągnął wątek Zenial, który zapowiedział (przez mikrofon podłączony do małego magnetofonu zawieszonego na szyji), że pierwsza część jest dedykowana Jah Rastafarai i zaintonował Jego imię. Zaraz popłynął dub z walkmana wpiętego w mikser, by po chwili stać się materią do międlenia i siekania przy pomocy nieprzepisowego wciskania klawiszy. Potem zaprzęgnięty cały arsenał zakłócaczy, który przypomniał mi o J-P Grossie i Noetingerze: komórka, flesz, aparat, a także piloty (że tak nieskromnie wspomnę, że stosujemy je w Radiodzie - nie żeby to miała być inspiracja dla Zeniala). Był jeszcze drugi walkman i radyjko. Potem wszedł materiał z laptopa: brzmiało to jak przetworzona Kapela Ze Wsi Warszawa, przez chwilę dominowało, ale potem się zrównało mniej więcej z szumami i zabrudzeniami. Zastanawiałem się, czy ciągle jesteśmy w pierwszej części, kiedy, po jakiś nieśmiałych loopach z laptopa, zapanował znów dub, by ponownie być sponiewieranym - to była klamra. Gdyby było głośniej, to mogłoby to mieć moc muzyki Jasona Lescalleeta.
Głośno natomiast było Napalmed, który kiedyś widziałem w składzie dwuosbowym, teraz o jednego więcej. Metalowa beczka, jakieś naczyna, łańcuchy, instrumenty własnej konstrukcji. Z początku było okej, choć na dźwiękach akustycznych echo jak nad Morskim Okiem, ale przyjemnie gęsto, dużo się dzieje. Utwór nagle się urywa, w kolejnym więcej elektronicznej surówki, wcale nie atrakcyjnej, raczej płaskie, twarde powierzchnie, a nie zaczepne faktury. I jeszcze głośniej, część publiczności wyraźnie to ekscytuje, że jest taki hardkor i w końcu *coś się działo*. I każdy kolejny kawałek - także nagle się kończy, efekt zaskoczenia został przekuty na nową formą, którą należy eksploatować. Najbardziej aktywny z członków, czarnowłosy, od czasu do czasu się powygina podczas uderzania w przedmioty albo przekręcania gałki. Nie wiem, może to nie było takie złe, ale nie miałem na to ochoty. Może też galeryjny white box, zapalone światła i ukrzesłowiona publiczność to nie najlepsze otoczenie dla tej muzyki.
Wydaję mi się, że przy obecnym poziomie rozwoju software'u do tworzenia/kontrolowania wizualizacji, bardzo łatwo jest zrobić udaną całość obraz-dźwięk. Taką, w której wszystko będzie w porządku, nie będzie można się do niczego przyczepić. Z tym, że to będzie taki piece bien fait, będzie dobry, ale nie bardzo (bo naprawdę zadowalające przedsięwzięcia tego rodzaju są rzadkością, ale jednak są: jak ci panowie albo ta para). Duet laptopowy BOOT to kolejny wątły akapit w haśle "muzyka i wizuale", nie można wszystkiego, co wykorzystuje kształty geometryczne i prostą abstrakcję porównywać do Raster-Noton. Ale coś tutaj jest na rzeczy, bo całość była z gatunku wydizajnowanych i gdyby nie pewne wpadki, to może nawet by się obroniła. Na początku tylko cyknięcia i dryf zaznaczały rytm, ale to jednak tylko przeciągnięte wprowadzenie do bitowiska. Potem stało się jasne, że panowie uważnie prowadzili wykopaliska na odcinku Basic Channel. Kolejne motywy pojawiały się nagle, jakby nałożone na poprzednie od niechcenia, bez wynikania. Fragmenty filmów (tandetnie poefektowane), z których też dźwięk, niektóre pomysłowe, bo np. o zachowaniu mózgu podczas słuchania muzyki. O tym, że słowa były ważne (oprócz naszego organu, coś o robotach, a na czarno ubrani muzycy, za swoimi macami trochę jak mniej udane prototypy Kraftwerków), świadczył fakt, że gdy czasem były słabo słyszalne, to zaraz dostawaliśmy powtórkę, muzyczka wyciszana, czasami gwałtownie. Phil Niblock wyszedł nim minęło 5 minut, ale oczywiście on już been there, done that.
Przy okazji występu "1605munro" Andrésa G. Jankowskiego wymyśliłem termin, którym można określić (ro)zwój gatunku ochrzczonego jako emo-tronica - pstro-tronika. Z jednego laptopa dźwięki, z drugiego obrazki. Oba miejscami ciekawe, ale generalnie niespójne, bardzo eklektyczne. I znów nie obyło się bez kiksów: nie wiem, może zmieniają się standardy, ale dla mnie przesuwanie kursora na wizualach to jednak ciągle fopa, obraz kilka razy haczył. Wizuale czasem zmieniały się zupełnie, podczas gdy dźwięki pozostawały takie same. Kilka wejść nowych motywów za głośno, jakby zamiast pukania - taranowanie, niektóre utwory pourywane. Muzyczka: tony identyczne z naturalnymi, syntetyczna organiczność, pod koniec coś a'la początkujący Amon Tobin. Było kilka fajnych obrazków: wolno sunący statek filmowany przez przybrudzoną szybę z kroplami, na którą ostrość, stare zdjęcia podłożone pod ręcznie pisany list.
Gdy już przypuszczałem, że po Zenialu to będzie all downhill from here, zagrali Black Hole Factory, które może nie bylo rewelacyjne, ale i tak się wyróżniało. Pani na wokalu i metalowych przedmiotach, których odgłosy przetwarzane, rytmizowane i pan, który robił wizuale, częściowo bazujące chyba na materiale rejestrowanym podczas koncertu (ręce partnerki z zespołu). Przez rytmiczny charakter skojarzenia z Z'evem, choć tutaj więcej organiczności, pozlepiania, bo to były jakieś cyfrowe przetwarzania.
Na koniec Double Affair: duet laptop i skrzypce+laptop. Pierwszy zarzucał bardzo fajne abstrakcyjne bity, które hasały sobie ziemią niczyją między post-hip-hopem a idmem, do tego niestety przetwarzany input z instrumentu, ale na szczęście to nie skrzypek grał tu pierwsze, tylko właśnie bity dominowały. Trochę za długo i trochę za głośno i w ogóle trochę za dużo już wszystkiego, ale i tak fajnie.
