3/18/2017

Ignaz Schick / Martin Tetreault w Starym Browarze (13.02.2006)

Kolejny raz artyści naprawdę światowego formatu zagościli w Starym Browarze. Tym razem, po występie na Transmediale i krótkiej trasie po Niemczech, w Poznaniu pojawili się Ignaz Schick i Martin Tetreault. Obaj reprezentują nurt improwizacji nazywany gramofonizmem – jest to granie na adapterach, rzadko jednak przy pomocy płyt. Częściej używa się jego poszczególnych części i dźwięków, jakie wydają po odpowiednim nagłośnieniu.
Szczerze mówiąc to jestem pod ogromnym wrażeniem koncertu – o wyważonej relacji nie ma mowy. Ale bez sensu byłoby czekać aż ochłonę z emocji – artyści wysłali w publiczność taką ilość energii, że jeszcze długo będę nosił w sobie wrażenia z ich występu.
Działo się bardzo dużo, ale był to chaos kontrolowany. To właśnie spodobało mi się najbardziej – otwartość na przypadek, odwaga w przyjmowaniu tego, co niespodziewane. Na tym właśnie powinna polegać improwizacja. Na wyrażaniu siebie z niezachwianą konsekwencją. A także na samoistnym zgraniu, które umacnia się podczas rozwoju koncertu. I ten warunek był spełniony, artyści prawie w ogóle na siebie nie patrzyli, nie odzywali się do siebie, a ich gra była naprawdę wspólna, zjednoczona. Rozumieli się w lot – językiem jaki wybrali by wyrażać siebie były dźwięki.
Przy tym zachowywali odrębność swoich charakterów. Schick (wyposażony w dwa profesjonalne adaptery) był bardziej takim rozrabiaką, rzucał małe papierki, metalowe krążki na talerz gramofonu, nakładał na niego plastikowe tabliczki, gwałtownie poruszał ramieniem z igłą, ostro szczotkował jego powierzchnię, obstukiwał obudowę. Tetreault jakby bardziej skupiony, coś a’la „mały majsterkowicz” – na swoim jednym prymitywnym gramofonie wyżywał się drapiąc go zapamiętale igłami, którymi zakończone były ruchome ramiona (co zapewniało mu swobodę ruchu), używał też mikrofonów kontaktowych, do których przykładał rozmaite niezidentyfikowane przedmioty.
Nie wiem, czy jest sens wymieniać dalej czynności, jakie stosowali artyści by rozszerzyć spektrum dźwięków wydobywanych ze swoich maszyn. Kto nie widział (i jednocześnie nie słyszał efektu), ten nie zrozumie ich siły. Aspekt wizualny był ważny, niektóre czynności były wręcz śmieszne, ale w niewymuszony sposób, nie było żadnego mrugania oczkiem do odbiorcy, że teraz będzie żart i należy się zaśmiać. Działania miały posmak parateatralny, niektóre przeradzały się w rozbudowane gesty albo cała ich serie, cały koncert przypominał trochę performance. Była w tym moc – ta moc dziania się, kontaktu pozawerbalnego między muzykami i nadawania komunikatu do publiczności. Tego, że oni robią coś teraz, a ja to odbieram. Mogę i chcę.
Duża ilość czynności powodowała olbrzymią ilość dźwięków. I co znów świadczy o geniuszu tych improwizatorów – w tym natłoku wszystko czytelne, przejrzyste. Nawet jeśli nie zrozumiałe od razu, to dzięki rozwojowi wszystko układało się w idealnym (nie)porządku. Postaram się wymienić niektóre z zapamiętanych odgłosów: dużo fabryki – pas transmisyjny, mielenie, spalanie, przetapianie, miażdżenie, piece, młoty, dźwigi. Oprócz tego: lotnisko w oddali, zatłoczone przejście podziemne na dworcu pkp, bicie serca, człowiek spadający w otchłań jeziora znajdującego się na dnie jaskini, jego ciało uderzające o dno tego jeziora, tętno, szum trzech źdźbeł trawy, kornik w belce, ścieranie na proch rogu kozła, oddech kamienia, zawiązywanie paczki z szarego papieru parcianym sznurem. Pisk jelita cienkiego, szuranie gwoździem po blasze, oddech noworodka . Skrecze, jazzowa piosenka, świst powietrza.
No i co? Napisałem na czym grali, co robili, a także – co słyszałem. No, jeszcze nie napisałem, że ich występ podzielił się w sposób naturalny (przez wyciszenia) na cztery części i że trwał poniżej godziny.
Ale, czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Czy cokolwiek istotnego przekazałem na temat tego koncertu?
Jeśli nie, jeśli czytelniku nie zadowala Cię ta relacja – to przepraszam.
Ale nie to jest w tej chwili najważniejsze. Ja naprawdę w głowie ciągle mam co innego...Mianowicie: jeśli takie coś (koncert? występ? a może po prostu – spotkanie), jak to coś dzisiejszego, co stało się w Browarze dzięki przyjazdowi Schicka i Tetreault, może się wydarzyć (podkreślam – stać się, odbyć, zaistnieć), to warto pójść na sto nieudanych, a co tam sto, może być i tysiąc nieudanych koncertów – by raz przeżyć (podkreślam) coś takiego.

[relacja pierwotnie opublikowana na nowamuzyka.pl]


Brak komentarzy: